poniedziałek, 23 września 2013

trzydzieści dziewięć

1700 kalorii.
Ostatnia prosta. Nie mogę się teraz poddać.

czwartek, 19 września 2013

trzydzieści osiem

Wegetuję unosząc się na morzu samotności. Powoli dobijam do brzegu, usiłując w owładnięciu ostatków zachłanności nie nałykać się słodko-gorzkich wód. Muszę nacieszyć się powietrzem i przywilejem trwania jako rozbitek na niekończącej się linii życia.
Przekraczam granice będące efektem bezczelnej imaginacji, która zapuściła swe silne korzenie przed wieloma laty, wpojona wylewaniem strumieni poniżenia i zaniedbania. W coraz większym stopniu dostrzegam irracjonalność mojego toku rozumowania. 
Ze spraw przyziemnych: mam dosyć tego jebanego domu, tej zatrutej, przesiąkniętej jadem atmosfery. Doskonale kontrastuje z moją koncepcją afirmacji życia.

niedziela, 15 września 2013

trzydzieści siedem

Dwa miesiące bez napadu.
1600 kalorii.
Nadal chudnę.


piątek, 6 września 2013

trzydzieści sześć

Przepraszam za ostatni post. Od jakiegoś czasu przechodzę przez fazę regresji, uwalniam swoje wewnętrzne dziecko, którym podświadomie chciałabym być. Mianowicie chodzę w ubraniach mojej dwunastoletniej siostry, jem z malutkich talerzyków, przy pomocy dziecięcych sztućców. Muszę niezwłocznie zahamować postępujący proces infantylizacji i poradzić sobie z natłokiem emocji w nieco bardziej stosowny sposób. Przecież niedługo będę miała dwadzieścia lat... Mimo nienaturalnie dużej potrzeby autonomii, pełna samodzielność i odpowiedzialność za własne (nie)życie mnie przerażają. Nie wiem, czy stanowią problem, z którym nie jestem w stanie sobie poradzić, ale jeśli będę w stanie sprostać temu zadaniu, potrzebuję solidnego planu. Zależy mi na pełnej niezależności emocjonalnej i częściowo finansowej. Ten aspekt posiada kluczowe punkty wspólne ze źródłem moich zaburzeń. Przekonałam się, że moje relacje z ojcem są całkowicie nienaprawialne. Z tym człowiekiem zwyczajnie nie da się rozmawiać, jest upośledzony emocjonalnie. Ma ogromny, nierozwiązany problem ze sobą, ten cały tłumiony i gromadzony przez lata syf wylewa się z niego hektolitrami i kumuluje się we mnie.
Postanowiłam uciec się do jedynego w moim przekonaniu słusznego rozwiązania. Odciąć się. W stopniu tak ogromnym, jak to tylko możliwe do wykonania. Muszę tylko przetrzymać ten miesiąc. Żeby się uniezależnić finansowo, musiałabym znaleźć pracę. Od października prawdopodobnie będę dostawała stypendium, ale to nie wystarczy... Mam odłożone pieniądze (prezenty od babć i dziadków, symbol ich niewyobrażalnej miłości do mnie), ale nie chcę przeznaczać ich na moją marną, bezwartościową egzystencję. Być może podjęcie pracy jawi się dla mnie jako bezsprzeczny symbol dorosłości i za wszelką cenę próbuję jej uniknąć, jeszcze za bardzo tkwię w swoim lęku. Znów się zapętlam.



czwartek, 5 września 2013

trzydzieści pięć

Serce gna niespokojnie w nieznanym mi kierunku. Wypalona, zlodowaciała pustka.  Trucizna uwalniająca się ze zdrowiejącego ciała przedostaje się do mojej chorej duszy. Milczę i tłumię w sobie smolistą, gładką ciecz zalegającą od tylu lat, nadal nie pozwalam jej wypłynąć, wylać się ze mnie tryskającym strumieniem. 
Tworzę jedność z moim ciałem. Nie widzi mi się już ono jako zagrażający bakcyl, nieczysty odpad, szpetna pomyłka, karykatura na wysuszonym płótnie. Stanowi integralną część mnie. Jestem swoim ciałem. 
Nie mogę tworzyć bliskich relacji. To mnie niszczy. Każdego muszę trzymać na dystans.

Nigdy nie usłyszałam i nie usłyszę od mojego ojca dwóch rzeczy: Przepraszam i Kocham cię.
"Kurwa, ja zaraz cię zabiję. Pójdę za to do pierdla, odsiedzę swoje, ale cię zapierdolę".
Ależ nie trzeba, chętnie cię w tym wyręczę, tato..

Podpisałam pakt z diabłem. Przyjdzie czas na zapłatę.

1500 kalorii, nadchodzę!