czwartek, 5 września 2013

trzydzieści pięć

Serce gna niespokojnie w nieznanym mi kierunku. Wypalona, zlodowaciała pustka.  Trucizna uwalniająca się ze zdrowiejącego ciała przedostaje się do mojej chorej duszy. Milczę i tłumię w sobie smolistą, gładką ciecz zalegającą od tylu lat, nadal nie pozwalam jej wypłynąć, wylać się ze mnie tryskającym strumieniem. 
Tworzę jedność z moim ciałem. Nie widzi mi się już ono jako zagrażający bakcyl, nieczysty odpad, szpetna pomyłka, karykatura na wysuszonym płótnie. Stanowi integralną część mnie. Jestem swoim ciałem. 
Nie mogę tworzyć bliskich relacji. To mnie niszczy. Każdego muszę trzymać na dystans.

Nigdy nie usłyszałam i nie usłyszę od mojego ojca dwóch rzeczy: Przepraszam i Kocham cię.
"Kurwa, ja zaraz cię zabiję. Pójdę za to do pierdla, odsiedzę swoje, ale cię zapierdolę".
Ależ nie trzeba, chętnie cię w tym wyręczę, tato..

Podpisałam pakt z diabłem. Przyjdzie czas na zapłatę.

1500 kalorii, nadchodzę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz