Żyć się nie chce
umierać też nie
Powoli zaczynam rozumieć siebie.
czwartek, 7 listopada 2013
piątek, 25 października 2013
poniedziałek, 23 września 2013
czwartek, 19 września 2013
trzydzieści osiem
Wegetuję unosząc się na morzu samotności. Powoli dobijam do brzegu, usiłując w owładnięciu ostatków zachłanności nie nałykać się słodko-gorzkich wód. Muszę nacieszyć się powietrzem i przywilejem trwania jako rozbitek na niekończącej się linii życia.
Przekraczam granice będące efektem bezczelnej imaginacji, która zapuściła swe silne korzenie przed wieloma laty, wpojona wylewaniem strumieni poniżenia i zaniedbania. W coraz większym stopniu dostrzegam irracjonalność mojego toku rozumowania.
Ze spraw przyziemnych: mam dosyć tego jebanego domu, tej zatrutej, przesiąkniętej jadem atmosfery. Doskonale kontrastuje z moją koncepcją afirmacji życia.
niedziela, 15 września 2013
piątek, 6 września 2013
trzydzieści sześć
Przepraszam za ostatni post. Od jakiegoś czasu przechodzę przez fazę regresji, uwalniam swoje wewnętrzne dziecko, którym podświadomie chciałabym być. Mianowicie chodzę w ubraniach mojej dwunastoletniej siostry, jem z malutkich talerzyków, przy pomocy dziecięcych sztućców. Muszę niezwłocznie zahamować postępujący proces infantylizacji i poradzić sobie z natłokiem emocji w nieco bardziej stosowny sposób. Przecież niedługo będę miała dwadzieścia lat... Mimo nienaturalnie dużej potrzeby autonomii, pełna samodzielność i odpowiedzialność za własne (nie)życie mnie przerażają. Nie wiem, czy stanowią problem, z którym nie jestem w stanie sobie poradzić, ale jeśli będę w stanie sprostać temu zadaniu, potrzebuję solidnego planu. Zależy mi na pełnej niezależności emocjonalnej i częściowo finansowej. Ten aspekt posiada kluczowe punkty wspólne ze źródłem moich zaburzeń. Przekonałam się, że moje relacje z ojcem są całkowicie nienaprawialne. Z tym człowiekiem zwyczajnie nie da się rozmawiać, jest upośledzony emocjonalnie. Ma ogromny, nierozwiązany problem ze sobą, ten cały tłumiony i gromadzony przez lata syf wylewa się z niego hektolitrami i kumuluje się we mnie.
Postanowiłam uciec się do jedynego w moim przekonaniu słusznego rozwiązania. Odciąć się. W stopniu tak ogromnym, jak to tylko możliwe do wykonania. Muszę tylko przetrzymać ten miesiąc. Żeby się uniezależnić finansowo, musiałabym znaleźć pracę. Od października prawdopodobnie będę dostawała stypendium, ale to nie wystarczy... Mam odłożone pieniądze (prezenty od babć i dziadków, symbol ich niewyobrażalnej miłości do mnie), ale nie chcę przeznaczać ich na moją marną, bezwartościową egzystencję. Być może podjęcie pracy jawi się dla mnie jako bezsprzeczny symbol dorosłości i za wszelką cenę próbuję jej uniknąć, jeszcze za bardzo tkwię w swoim lęku. Znów się zapętlam.
Postanowiłam uciec się do jedynego w moim przekonaniu słusznego rozwiązania. Odciąć się. W stopniu tak ogromnym, jak to tylko możliwe do wykonania. Muszę tylko przetrzymać ten miesiąc. Żeby się uniezależnić finansowo, musiałabym znaleźć pracę. Od października prawdopodobnie będę dostawała stypendium, ale to nie wystarczy... Mam odłożone pieniądze (prezenty od babć i dziadków, symbol ich niewyobrażalnej miłości do mnie), ale nie chcę przeznaczać ich na moją marną, bezwartościową egzystencję. Być może podjęcie pracy jawi się dla mnie jako bezsprzeczny symbol dorosłości i za wszelką cenę próbuję jej uniknąć, jeszcze za bardzo tkwię w swoim lęku. Znów się zapętlam.
czwartek, 5 września 2013
trzydzieści pięć
Serce gna niespokojnie w nieznanym mi kierunku. Wypalona, zlodowaciała pustka. Trucizna uwalniająca się ze zdrowiejącego ciała przedostaje się do mojej chorej duszy. Milczę i tłumię w sobie smolistą, gładką ciecz zalegającą od tylu lat, nadal nie pozwalam jej wypłynąć, wylać się ze mnie tryskającym strumieniem.
Tworzę jedność z moim ciałem. Nie widzi mi się już ono jako zagrażający bakcyl, nieczysty odpad, szpetna pomyłka, karykatura na wysuszonym płótnie. Stanowi integralną część mnie. Jestem swoim ciałem.
Nie mogę tworzyć bliskich relacji. To mnie niszczy. Każdego muszę trzymać na dystans.
Nigdy nie usłyszałam i nie usłyszę od mojego ojca dwóch rzeczy: Przepraszam i Kocham cię.
"Kurwa, ja zaraz cię zabiję. Pójdę za to do pierdla, odsiedzę swoje, ale cię zapierdolę".
Ależ nie trzeba, chętnie cię w tym wyręczę, tato..
Podpisałam pakt z diabłem. Przyjdzie czas na zapłatę.
1500 kalorii, nadchodzę!
Tworzę jedność z moim ciałem. Nie widzi mi się już ono jako zagrażający bakcyl, nieczysty odpad, szpetna pomyłka, karykatura na wysuszonym płótnie. Stanowi integralną część mnie. Jestem swoim ciałem.
Nie mogę tworzyć bliskich relacji. To mnie niszczy. Każdego muszę trzymać na dystans.
Nigdy nie usłyszałam i nie usłyszę od mojego ojca dwóch rzeczy: Przepraszam i Kocham cię.
"Kurwa, ja zaraz cię zabiję. Pójdę za to do pierdla, odsiedzę swoje, ale cię zapierdolę".
Ależ nie trzeba, chętnie cię w tym wyręczę, tato..
Podpisałam pakt z diabłem. Przyjdzie czas na zapłatę.
1500 kalorii, nadchodzę!
niedziela, 18 sierpnia 2013
Trzydzieści cztery
Lubię tę liczbę. Zgadnijcie, dlaczego?
Wczoraj moi rodzice wrócili z (kolejnego) urlopu. Na tydzień ponownie zostałam sama, przesiewając się przez gąszcz wątpliwości, błądząc po zakamarkach własnych myśli i odczuć. Podświadomie w nieznacznym stopniu znów mam poczucie, że zostałam 'porzucona', ale z racjonalnego punktu widzenia - potrzebowałam samotności. W ciągu wspomnianych kilku dni nabrałam odrobiny dystansu do rzeczywistości, do samej siebie, stałam się nieco mniej niestabilna.
Zmierzam do tego, że liczyłam na rozmowę z mamą. Nie zamierzam się użalać nad sobą, po prostu mam potrzebę nazwania moich zaburzeń i konfrontacji przemyśleń z kimś 'z zewnątrz'. Poświęciła mi...aż 2 minuty. Przez resztę wieczoru pomagałam rozpakowywać ubrania i przywiezione rzeczy, rozmawialiśmy o głupotach. Ojciec w swej naturalnej irytacji oznajmił, że jeszcze bardziej przypominam szkielet, po czym jego zbliżający się, z pozoru nieunikniony, wybuch niepohamowanej złości został przytłumiony przez mamę nakazującą, by 'nie zaczynał znowu'. Wnioskuję, że musieli rozmawiać na ten temat. Jego stwierdzenie nie wyprowadziło mnie z równowagi, właściwie spodziewałam się podobnego komentarza. Jakaś część mnie doświadczyła w tym momencie swojego rodzaju chorej satysfakcji. Jednocześnie poczułam 'coś' nie do końca przyjemnego (nie potrafię 'tego czegoś' nazwać). Może nadal potrzebuję ich uwagi? Przez chudnięcie otrzymuję ją w negatywnej postaci, ale jednak...dostaję ją. Do tego dążę? Nikomu nie mogłam powiedzieć, że przytłacza mnie niepewność, że tracę pewny grunt pod stopami, że wciąż odkrywam swoje granice. O tym, jakie postępy osiągnęłam, o tym, że do końca miesiąca planuję dobić do mojego dziennego zapotrzebowania (PPM) i niewiele mi brakuje. Chciałabym po prostu, żeby oni mnie zaakceptowali. Taką, jaka jestem. Nie chudszą, grubszą, głupszą, mądrzejszą..
Z drugiej strony być może jestem niesprawiedliwa i postrzegam tę sytuację przez pryzmat wyłącznie swojej osoby. Po prostu mama była zmęczona po podróży trwającej ponad 10 godzin, nie miała ochoty na rozmowę na temat, który jej także sprawia trudność. Z trzeciej strony, wczorajszy wieczór stanowi lustrzane odbicie całej mojej relacji z rodzicami. Zdecydowanie nie należę do osób wylewnych, nie mających trudności z mówieniem o sobie. Wymaga to ode mnie niebotycznego wysiłku, ale gdy już zdecyduję się, zbiorę się w sobie i szukam kontaktu, natychmiast jestem w jakiś sposób odrzucana albo lekceważona. Dziś zmęczenie po podróży, jutro porządki w domu, pojutrze zakupy, następnie pranie, prasowanie, gotowanie, przyjazd gości...
Jak wspominałam, nigdy nie byłam wylewna, zawsze wszystko tłumiłam w sobie, nie potrafiłam nikogo prosić o pomoc, a jeśli już się na to zdobyłam, to sprawa zostawała bagatelizowana. Być może właśnie te sytuacje stanowią źródło moich problemów. Chciałam, żeby ktoś dostrzegł moje cierpienie. Nie potrafiłam mówić, wydobywałam z siebie jedynie głuchy, bezdźwięczny krzyk, którego nikt nie słyszał. Mój ból, niezauważony, musiał znaleźć ujście w fizycznej postaci.
Wczoraj moi rodzice wrócili z (kolejnego) urlopu. Na tydzień ponownie zostałam sama, przesiewając się przez gąszcz wątpliwości, błądząc po zakamarkach własnych myśli i odczuć. Podświadomie w nieznacznym stopniu znów mam poczucie, że zostałam 'porzucona', ale z racjonalnego punktu widzenia - potrzebowałam samotności. W ciągu wspomnianych kilku dni nabrałam odrobiny dystansu do rzeczywistości, do samej siebie, stałam się nieco mniej niestabilna.
Zmierzam do tego, że liczyłam na rozmowę z mamą. Nie zamierzam się użalać nad sobą, po prostu mam potrzebę nazwania moich zaburzeń i konfrontacji przemyśleń z kimś 'z zewnątrz'. Poświęciła mi...aż 2 minuty. Przez resztę wieczoru pomagałam rozpakowywać ubrania i przywiezione rzeczy, rozmawialiśmy o głupotach. Ojciec w swej naturalnej irytacji oznajmił, że jeszcze bardziej przypominam szkielet, po czym jego zbliżający się, z pozoru nieunikniony, wybuch niepohamowanej złości został przytłumiony przez mamę nakazującą, by 'nie zaczynał znowu'. Wnioskuję, że musieli rozmawiać na ten temat. Jego stwierdzenie nie wyprowadziło mnie z równowagi, właściwie spodziewałam się podobnego komentarza. Jakaś część mnie doświadczyła w tym momencie swojego rodzaju chorej satysfakcji. Jednocześnie poczułam 'coś' nie do końca przyjemnego (nie potrafię 'tego czegoś' nazwać). Może nadal potrzebuję ich uwagi? Przez chudnięcie otrzymuję ją w negatywnej postaci, ale jednak...dostaję ją. Do tego dążę? Nikomu nie mogłam powiedzieć, że przytłacza mnie niepewność, że tracę pewny grunt pod stopami, że wciąż odkrywam swoje granice. O tym, jakie postępy osiągnęłam, o tym, że do końca miesiąca planuję dobić do mojego dziennego zapotrzebowania (PPM) i niewiele mi brakuje. Chciałabym po prostu, żeby oni mnie zaakceptowali. Taką, jaka jestem. Nie chudszą, grubszą, głupszą, mądrzejszą..
Z drugiej strony być może jestem niesprawiedliwa i postrzegam tę sytuację przez pryzmat wyłącznie swojej osoby. Po prostu mama była zmęczona po podróży trwającej ponad 10 godzin, nie miała ochoty na rozmowę na temat, który jej także sprawia trudność. Z trzeciej strony, wczorajszy wieczór stanowi lustrzane odbicie całej mojej relacji z rodzicami. Zdecydowanie nie należę do osób wylewnych, nie mających trudności z mówieniem o sobie. Wymaga to ode mnie niebotycznego wysiłku, ale gdy już zdecyduję się, zbiorę się w sobie i szukam kontaktu, natychmiast jestem w jakiś sposób odrzucana albo lekceważona. Dziś zmęczenie po podróży, jutro porządki w domu, pojutrze zakupy, następnie pranie, prasowanie, gotowanie, przyjazd gości...
Jak wspominałam, nigdy nie byłam wylewna, zawsze wszystko tłumiłam w sobie, nie potrafiłam nikogo prosić o pomoc, a jeśli już się na to zdobyłam, to sprawa zostawała bagatelizowana. Być może właśnie te sytuacje stanowią źródło moich problemów. Chciałam, żeby ktoś dostrzegł moje cierpienie. Nie potrafiłam mówić, wydobywałam z siebie jedynie głuchy, bezdźwięczny krzyk, którego nikt nie słyszał. Mój ból, niezauważony, musiał znaleźć ujście w fizycznej postaci.
sobota, 17 sierpnia 2013
Moje wychodzenie z diety, część 2.
Nie chudłam jedząc marchewki i otręby żytnie. Czułam, że każda, nawet najdrobniejsza nadwyżka kalorii odkłada się w postaci tłuszczu. że ubrania robią się ciaśniejsze. Jednocześnie nie mogłam zapanować nad apetytem, nad moim wygłodzonym organizmem. Musiałam zmienić strategię.
10 lipca musiałam wyjechać na kilka dni. Jadłam 2 jabłka, 2 serki wiejskie i 2 pomidory dziennie. Nie potrafię wyjaśnić, co mną wtedy kierowało. Po powrocie do domu (14.07) wieczorem miałam kolejny napad. Mimo przejedzenia, niepohamowanie wpychałam w siebie zdrowie jedzenie (jajka, paluszki krabowe, otręby, jabłka, jogurty, tuńczyk z puszki), ale było ich zdecydowanie zbyt dużo. To był mój ostatni napad.
Stan mojego organizmu stanowił kwestię dla mnie nieistotną. Psychicznie rozsypywałam się na kawałki. Nie umiałam poradzić sobie z własnymi emocjami, nasiliły się uciążliwe stany lękowe, bałam się wychodzić z domu. Tak wyglądał pierwszy tydzień stabilizacji. Jadłam warzywa, głównie zielone, jajka oraz otręby, do tego owoc na śniadanie. Całe dnie leżałam w łóżku, nawet się nie ubierałam.
To był etap oczyszczenia. Być może zrealizowałam go niewłaściwie, ale jadłam produkty bezpiecznie, takie, do których moje ciało było przyzwyczajone. Wykonywałam lekkie ćwiczenia, po 20 minut, nie codziennie, ponieważ nie miałam na to siły. Nawet po zjedzeniu stosunkowo niewielkiej ilości warzyw czułam się przepełniona, miałam wyrzuty sumienia, nawet myśli samobójcze. Moi rodzice byli na wakacjach, straciłam kontakt ze znajomymi, zostałam zupełnie sama. Sama z moim problemem, z czymś, z czym nie potrafiłam sobie poradzić.
W kolejnym tygodniu wróciłam do Ł.(miasto, w którym studiuję), ponieważ miałam opłacony czynsz do końca miesiąca. Postanowiłam wykorzystać ten czas na przemyślenia, potrzebowałam samotności. Tam paradoksalnie czuję się zawsze oczyszczona i wolna, nie więzi mnie łańcuch wspomnień.
Zaczęłam pić wodę. Z cytryną i lodem. Nawet 2 litry dziennie. Wcześniej w ogóle (!) nie piłam wody, przyjmowałam ją wyłącznie w postaci kawy. Jadłam 3-4 razy dziennie. Niewielkie porcje. Włączyłam do diety więcej warzyw, chudy nabiał (twarogi). Po każdym posiłku starałam się pójść na długi lub krótszy spacer, do sklepu, wynieść śmieci, cokolwiek. Do tej pory w wolne dni prowadziłam leżący (!!!) tryb życia.
Czułam się przygnębiona, biłam się z własnymi myślami, momentami było mi zwyczajnie przykro, często nie potrafiłam określić przyczyny smutku, który się przeze mnie przelewał. Jednak nie była to już ambiwalentna rozpacz, przytłaczająca i bezkresna. Mój stan miał w sobie coś błogiego, melancholijnego. Podobało mi się to. Czułam się bezpieczna w ramionach mojego przygnębienia.
Uświadomiłam sobie, że nie mam dostępu do własnych emocji, a więc kontroli nad nimi. Pracowałam nad swoim sposobem rozumowania, wyzbywałam się paranoicznych, emocjonalnych myśli. Niepatologiczna racjonalizacja przebiegała dość opornie. Wiele nocy nie przespałam z powodu iskier ulatniających się z mentalnego pola walki.
10 lipca musiałam wyjechać na kilka dni. Jadłam 2 jabłka, 2 serki wiejskie i 2 pomidory dziennie. Nie potrafię wyjaśnić, co mną wtedy kierowało. Po powrocie do domu (14.07) wieczorem miałam kolejny napad. Mimo przejedzenia, niepohamowanie wpychałam w siebie zdrowie jedzenie (jajka, paluszki krabowe, otręby, jabłka, jogurty, tuńczyk z puszki), ale było ich zdecydowanie zbyt dużo. To był mój ostatni napad.
Stan mojego organizmu stanowił kwestię dla mnie nieistotną. Psychicznie rozsypywałam się na kawałki. Nie umiałam poradzić sobie z własnymi emocjami, nasiliły się uciążliwe stany lękowe, bałam się wychodzić z domu. Tak wyglądał pierwszy tydzień stabilizacji. Jadłam warzywa, głównie zielone, jajka oraz otręby, do tego owoc na śniadanie. Całe dnie leżałam w łóżku, nawet się nie ubierałam.
To był etap oczyszczenia. Być może zrealizowałam go niewłaściwie, ale jadłam produkty bezpiecznie, takie, do których moje ciało było przyzwyczajone. Wykonywałam lekkie ćwiczenia, po 20 minut, nie codziennie, ponieważ nie miałam na to siły. Nawet po zjedzeniu stosunkowo niewielkiej ilości warzyw czułam się przepełniona, miałam wyrzuty sumienia, nawet myśli samobójcze. Moi rodzice byli na wakacjach, straciłam kontakt ze znajomymi, zostałam zupełnie sama. Sama z moim problemem, z czymś, z czym nie potrafiłam sobie poradzić.
W kolejnym tygodniu wróciłam do Ł.(miasto, w którym studiuję), ponieważ miałam opłacony czynsz do końca miesiąca. Postanowiłam wykorzystać ten czas na przemyślenia, potrzebowałam samotności. Tam paradoksalnie czuję się zawsze oczyszczona i wolna, nie więzi mnie łańcuch wspomnień.
Zaczęłam pić wodę. Z cytryną i lodem. Nawet 2 litry dziennie. Wcześniej w ogóle (!) nie piłam wody, przyjmowałam ją wyłącznie w postaci kawy. Jadłam 3-4 razy dziennie. Niewielkie porcje. Włączyłam do diety więcej warzyw, chudy nabiał (twarogi). Po każdym posiłku starałam się pójść na długi lub krótszy spacer, do sklepu, wynieść śmieci, cokolwiek. Do tej pory w wolne dni prowadziłam leżący (!!!) tryb życia.
Czułam się przygnębiona, biłam się z własnymi myślami, momentami było mi zwyczajnie przykro, często nie potrafiłam określić przyczyny smutku, który się przeze mnie przelewał. Jednak nie była to już ambiwalentna rozpacz, przytłaczająca i bezkresna. Mój stan miał w sobie coś błogiego, melancholijnego. Podobało mi się to. Czułam się bezpieczna w ramionach mojego przygnębienia.
Uświadomiłam sobie, że nie mam dostępu do własnych emocji, a więc kontroli nad nimi. Pracowałam nad swoim sposobem rozumowania, wyzbywałam się paranoicznych, emocjonalnych myśli. Niepatologiczna racjonalizacja przebiegała dość opornie. Wiele nocy nie przespałam z powodu iskier ulatniających się z mentalnego pola walki.
czwartek, 15 sierpnia 2013
Moje wychodzenie z diety, część 1.
Postanowiłam przynajmniej tymczasowo zmodyfikować strukturę bloga. Muszę werbalizować moje przemyślenia, notować informacje o ewentualnych postępach, śledzić i w miarę możliwości kontrolować przebieg działań. Przy okazji być może ktoś z tego skorzysta. Jeżeli moje zmagania przetworzone na słowa, które tutaj piszę zostaną przeczytane przez osobę, która ma pewną wiedzę w tym zakresie lub z mniejszym/większym powodzeniem przechodziła przez to samo piekło, liczę na opinie, rady, wskazówki, cokolwiek.
Otóż postanowiłam zacząć nowy etap w życiu (czyli w diecie, nie oszukujmy się, moja egzystencja ogranicza się do tego aspektu..). Mogę znieść moją niestabilność emocjonalną, huśtawki nastrojów, popadanie w skrajności, permanentne konflikty ze światem i ludźmi, wewnętrzne rozdarcia, skłonności do perfekcjonizmu, intensywny tryb życia, stagnację, stany niżu intelektualnego, zaniżoną samoocenę, lęk przed bliskimi relacjami, brak dostępu do własnych emocji oraz niemożliwość ich kontrolowania i tak dalej. Jednego nie zniosę. Jednej rzeczy. Nie zniosę przytycia. Nie wytrzymam stawania się rozrastającym się potworem. Wolę umrzeć, niż przytyć. Ten fakt skutecznie umotywował podjętą przeze mnie decyzję. Nie podjęłam jej pod wpływem przypływu uczuć do bliskich osób (ponieważ takowych nie posiadam...) ani ze względu na kiełkującą we mnie wolę życia. Ja nawet takowej nie posiadam. Wręcz przeciwnie. Nie jestem pewna, czy ja w ogóle chcę żyć.
Impuls do zmiany pojawił się w lipcu. Właściwie zalała mnie fala impulsów.
Irytuje mnie fakt, że nie potrafię wyznaczyć początku - momentu, od którego mogłabym zacząć tę opowieść. Ciągle będę musiała odwoływać się do wydarzeń z przeszłości. Z awersją podchodzę do nieuporządkowania, zwłaszcza na płaszczyźnie moich wypowiedzi. Możliwe, że w ten sposób uciekam od mówienia o sobie. Rzekomy chaos panujący w mojej głowie stanowi pretekst do nieopisywania ich, co jest mi wybitnie na rękę. Do rzeczy...
Dawno temu (ponad 5 lat...) wyznaczyłam sobie cel. Chciałam ważyć 50 kg. I osiągnęłam to, udało mi się, a nawet przekroczyłam pułap wyznaczonej wartości. Jednak to mi nie wystarczyło. W tym momencie muszę skończyć odwoływać się do tak odległej przeszłości. Wspomnę tylko o naprzemiennych głodówkach i napadach, wahaniach wagi, subdepresjach i narastającym wstręcie do jedzenia i samej siebie.
Idąc na studia byłam niemal idealna. Nie wiedziałam ile ważę, ale obiektywnie byłam bardzo szczupła (oczywiście wydawało mi się, że wciąż za mało osiągnęłam, że przecież mogę być jeszcze chudsza...).
Po serii naprzemiennego kompulsywnego objadania się i głodzenia (praktycznie cały rok 2012, zwłaszcza lipiec i sierpień 2012), wyjechałam z mojego miasta. Zmiana miejsca zamieszkania przyniosła ze sobą niewiarygodną odmianę. Jadłam mało, ale regularnie. Przez prawie 3 miesiące (wrzesień, październik, listopad) naprawdę ładnie się trzymałam. Przez zawirowania życiowe i nieumiejętność radzenia sobie z nowymi sytuacjami emocjorodnymi straciłam kontrolę. Zaczęłam jeść. Pochłaniać. Opychać się. Nie jadłam większości zakazanych produktów, ale waga rosła ze względu na zwiększone porcje. Przecież od 3 opakowań otrąb, 2 jogurtów, 5 jajek za jednym posiedzeniem też można przytyć.W kwietniu 2013 przestałam mieścić się w moje ubrania (noszę rozmiar 34). Załamało mnie to. Coś we mnie pękło. Postanowiłam zmieścić się w spodnie, które kupiłam, za wszelką cenę. Maj i czerwiec 2013 można uznać za czas niemal całkowitego głodowania. W moim jadłospisie dominowały marchewki, otręby żytnie i wiejskie twarożki. Potrafiłam nie jeść przez tydzień. Nie przeszkodziła mi nawet nauka do sesji. Z perspektywy kilku tygodni naprawdę nie wiem, jakim cudem mój mózg funkcjonował, jakim sposobem zdałam egzaminy nie dostarczając organizmowi pożywienia. Miałam same piątki. Paliłam pół paczki fajek dziennie. Piłam hektolitry kawy. Och, w spodnie oczywiście się zmieściłam. W zamian usłyszałam wewnętrzny głos, który mówił: "Tylko na tyle cię stać"?
Na przełomie czerwca i lipca kompulsy się nasiliły. Budziłam się o 4 nad ranem, pochłaniałam całe jedzenie, które było dostępne. Bez świadomości, w amoku. To było niekontrolowane, nie mogłam nad tym zapanować. Czułam, że wszelkie przejawy racjonalnego myślenia, jakiegokolwiek myślenia, są wyłączone, że mój organizm błaga o jedzenie. Traciłam kontrolę...
Otóż postanowiłam zacząć nowy etap w życiu (czyli w diecie, nie oszukujmy się, moja egzystencja ogranicza się do tego aspektu..). Mogę znieść moją niestabilność emocjonalną, huśtawki nastrojów, popadanie w skrajności, permanentne konflikty ze światem i ludźmi, wewnętrzne rozdarcia, skłonności do perfekcjonizmu, intensywny tryb życia, stagnację, stany niżu intelektualnego, zaniżoną samoocenę, lęk przed bliskimi relacjami, brak dostępu do własnych emocji oraz niemożliwość ich kontrolowania i tak dalej. Jednego nie zniosę. Jednej rzeczy. Nie zniosę przytycia. Nie wytrzymam stawania się rozrastającym się potworem. Wolę umrzeć, niż przytyć. Ten fakt skutecznie umotywował podjętą przeze mnie decyzję. Nie podjęłam jej pod wpływem przypływu uczuć do bliskich osób (ponieważ takowych nie posiadam...) ani ze względu na kiełkującą we mnie wolę życia. Ja nawet takowej nie posiadam. Wręcz przeciwnie. Nie jestem pewna, czy ja w ogóle chcę żyć.
Impuls do zmiany pojawił się w lipcu. Właściwie zalała mnie fala impulsów.
Irytuje mnie fakt, że nie potrafię wyznaczyć początku - momentu, od którego mogłabym zacząć tę opowieść. Ciągle będę musiała odwoływać się do wydarzeń z przeszłości. Z awersją podchodzę do nieuporządkowania, zwłaszcza na płaszczyźnie moich wypowiedzi. Możliwe, że w ten sposób uciekam od mówienia o sobie. Rzekomy chaos panujący w mojej głowie stanowi pretekst do nieopisywania ich, co jest mi wybitnie na rękę. Do rzeczy...
Dawno temu (ponad 5 lat...) wyznaczyłam sobie cel. Chciałam ważyć 50 kg. I osiągnęłam to, udało mi się, a nawet przekroczyłam pułap wyznaczonej wartości. Jednak to mi nie wystarczyło. W tym momencie muszę skończyć odwoływać się do tak odległej przeszłości. Wspomnę tylko o naprzemiennych głodówkach i napadach, wahaniach wagi, subdepresjach i narastającym wstręcie do jedzenia i samej siebie.
Idąc na studia byłam niemal idealna. Nie wiedziałam ile ważę, ale obiektywnie byłam bardzo szczupła (oczywiście wydawało mi się, że wciąż za mało osiągnęłam, że przecież mogę być jeszcze chudsza...).
Po serii naprzemiennego kompulsywnego objadania się i głodzenia (praktycznie cały rok 2012, zwłaszcza lipiec i sierpień 2012), wyjechałam z mojego miasta. Zmiana miejsca zamieszkania przyniosła ze sobą niewiarygodną odmianę. Jadłam mało, ale regularnie. Przez prawie 3 miesiące (wrzesień, październik, listopad) naprawdę ładnie się trzymałam. Przez zawirowania życiowe i nieumiejętność radzenia sobie z nowymi sytuacjami emocjorodnymi straciłam kontrolę. Zaczęłam jeść. Pochłaniać. Opychać się. Nie jadłam większości zakazanych produktów, ale waga rosła ze względu na zwiększone porcje. Przecież od 3 opakowań otrąb, 2 jogurtów, 5 jajek za jednym posiedzeniem też można przytyć.W kwietniu 2013 przestałam mieścić się w moje ubrania (noszę rozmiar 34). Załamało mnie to. Coś we mnie pękło. Postanowiłam zmieścić się w spodnie, które kupiłam, za wszelką cenę. Maj i czerwiec 2013 można uznać za czas niemal całkowitego głodowania. W moim jadłospisie dominowały marchewki, otręby żytnie i wiejskie twarożki. Potrafiłam nie jeść przez tydzień. Nie przeszkodziła mi nawet nauka do sesji. Z perspektywy kilku tygodni naprawdę nie wiem, jakim cudem mój mózg funkcjonował, jakim sposobem zdałam egzaminy nie dostarczając organizmowi pożywienia. Miałam same piątki. Paliłam pół paczki fajek dziennie. Piłam hektolitry kawy. Och, w spodnie oczywiście się zmieściłam. W zamian usłyszałam wewnętrzny głos, który mówił: "Tylko na tyle cię stać"?
Na przełomie czerwca i lipca kompulsy się nasiliły. Budziłam się o 4 nad ranem, pochłaniałam całe jedzenie, które było dostępne. Bez świadomości, w amoku. To było niekontrolowane, nie mogłam nad tym zapanować. Czułam, że wszelkie przejawy racjonalnego myślenia, jakiegokolwiek myślenia, są wyłączone, że mój organizm błaga o jedzenie. Traciłam kontrolę...
piątek, 9 sierpnia 2013
trzydzieści trzy
Przepraszam, że zaniedbuję bloga. Staram się przez cały czas zajmować się czymś względnie pożytecznym lub chociażby zapełniać luki w harmonogramie, wypełniać pustkę. Czas jest moim sprzymierzeńcem. Na razie...
Wspominałam o uciążliwej pustce w głowie, która przeplata się z niepoukładanymi ciągami bezkształtnych myśli. To jak wewnętrzne roztargnienie, przepełnienie niewypowiedzianymi zdaniami i jednocześnie niemożność wysłowienia się. Biorąc pod uwagę obniżoną możliwość koncentracji, z którą się zmagam, mam nieodparte wrażenie, że staję się ponownie dnem intelektualnym. Skonstruowanie prozaicznej wypowiedzi stanowi dla mnie problem. Podczas czytania książki niemal każde zdanie przetwarzam kilkukrotnie, lecz mimo to nie umiem uchwycić sensu zawartego w niej przekazu.
Taki stan pozostaje w wyraźnym konflikcie z moją potrzebą uporządkowania i rozwoju, tworząc nowe frustracje, które oczywiście są przeze mnie intensywnie tłumione.
Mam bogate życie wewnętrzne.
Jestem pełna i pusta jednocześnie.
Do tego wszystkiego muszę zachowywać pozory normalności, panować nad emocjami i uparcie przekonywać innych i samą siebie, że nie jestem histeryczką.
Cierpię na syndrom opuszczonego dziecka. Tak, nadal jestem dzieckiem, które przez całe życie było pozbawiane wsparcia w momentach, w których najbardziej go potrzebowało. Nie umiem o nic prosić. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć, czy zawsze tak było.
Wspominałam o uciążliwej pustce w głowie, która przeplata się z niepoukładanymi ciągami bezkształtnych myśli. To jak wewnętrzne roztargnienie, przepełnienie niewypowiedzianymi zdaniami i jednocześnie niemożność wysłowienia się. Biorąc pod uwagę obniżoną możliwość koncentracji, z którą się zmagam, mam nieodparte wrażenie, że staję się ponownie dnem intelektualnym. Skonstruowanie prozaicznej wypowiedzi stanowi dla mnie problem. Podczas czytania książki niemal każde zdanie przetwarzam kilkukrotnie, lecz mimo to nie umiem uchwycić sensu zawartego w niej przekazu.
Taki stan pozostaje w wyraźnym konflikcie z moją potrzebą uporządkowania i rozwoju, tworząc nowe frustracje, które oczywiście są przeze mnie intensywnie tłumione.
Mam bogate życie wewnętrzne.
Jestem pełna i pusta jednocześnie.
Do tego wszystkiego muszę zachowywać pozory normalności, panować nad emocjami i uparcie przekonywać innych i samą siebie, że nie jestem histeryczką.
Cierpię na syndrom opuszczonego dziecka. Tak, nadal jestem dzieckiem, które przez całe życie było pozbawiane wsparcia w momentach, w których najbardziej go potrzebowało. Nie umiem o nic prosić. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć, czy zawsze tak było.
wtorek, 6 sierpnia 2013
trzydzieści dwa
Czas zgrabnym ruchem wyłamać ociężałe kraty, wydostać się z niewoli mentalnych łańcuchów. W otchłani ciemnych podziemi zaczyna brakować mi powietrza, nie mogę tutaj tkwić dłużej.
Wstręt do własnego ciała narasta we mnie z niewiarygodną siłą. Nie potrafię oprzeć się przytłaczającemu wrażeniu, że obrastam zwałami tłuszczu, że leje się on ze mnie hektolitrami z każdym ruchem.
Muszę zmienić strukturę tego bloga.
Wstręt do własnego ciała narasta we mnie z niewiarygodną siłą. Nie potrafię oprzeć się przytłaczającemu wrażeniu, że obrastam zwałami tłuszczu, że leje się on ze mnie hektolitrami z każdym ruchem.
Muszę zmienić strukturę tego bloga.
piątek, 2 sierpnia 2013
trzydzieści jeden
Przyziemną bardziej być muszę. Od rzeczywistości oderwaną w stopniu mniejszym. Rzadziej znacznie w abstrakcję uciekać.
Zastosowanie inwersji obnaża moją nadmierną momentami skłonność popadania w sidła przesadnego wręcz patetyzmu. Przecież za stosunkowo niedługim ciągiem wyszukanych słów kryje się całkiem nieskomplikowana myśl. To pewnego rodzaju gra z odbiorcą; przedrzyj się przez gąszcz zawiłych przekazów utkanych z wyrafinowanego słownictwa i niebanalnie zbudowanej składni, a odnajdziesz prawdziwą mnie. Gdyby takowa jeszcze istniała. Intuicyjnie czuję, że wcale nie chcę zostać przez kogoś zrozumiana.
Podjęcie się całkowitej werbalizacji moich nieuczesanych myśli stanowi zadanie niemal niemożliwe do wykonania ze względu na opozycję mojej potrzeby uporządkowania świata zewnętrznego i chaosu pielęgnowanego przez lata w metafizycznej, wewnętrznej przestrzeni.
Przez cały czas mam wrażenie odczuwania swoistego dysonansu. Poczucie zgody ze światem wymaga otworzenia się na niego, nieustannego kontaktu. Ale czy ja właśnie tego chcę? Osiągnęłam stan, w którym mogę bezpiecznie zasnąć w ramionach mojego cierpienia, z poczuciem, że ono nigdy mnie nie zostawi, w przeciwieństwie do szczęścia, które jest przecież tak kruche, tak ulotne, tak nietrwałe. Muszę prosić o odrobinę cierpienia, chociaż na nie zasługuję. Co za podła ironia losu. To żałosne.
Każdą czynność mam skrupulatnie zaplanowaną. Obsesyjne myślenie, oscylowanie wokół jedzenia nadbudowujące się na fundamencie nadmiernego egotyzmu i kurczowe trzymanie się ustalonych zasad pomaga mi wytrwać. Razem z nimi z pozoru dumnie kroczę ulicami miasta.
Kształtuję mój zmysł estetyczny i staram się nie dopuścić do całkowitego regresu intelektualnego.
Brakuje mi tutaj powietrza. Mimowolnie chłonę nadmiernie zgęstniałą parę przesiąkniętą kłębami rozgoryczenia. Gdziekolwiek pójdę, czuję się niczym skazaniec. Z dożywotnim przymusem egzystencji. Tutaj, w kolebce moich niepowodzeń, to wrażenie narasta do monstrualnych rozmiarów.
"Przepraszam, czy lubi Pan kraty w oknach?"
Dwa miesiące bez Ciebie. Świadomie, lecz mimowolnie wymyślam preteksty, by nie pozwolić Ci się do mnie zbliżyć. Staram się uciszyć myśli, które sprawiają, że wyrwanie się z pętli staje się niemal całkowicie uniemożliwione. Coraz trudniej mi to przychodzi, strach zaczyna dominować, wkradać się niedomkniętymi oknami, a ambiwalencja bezczelnie puka do zatrzaśniętych drzwi. Po prostu znowu czuję się zostawiona..
Ten post z początkowego zamysłu wcale nie miał tak wyglądać.
Zastosowanie inwersji obnaża moją nadmierną momentami skłonność popadania w sidła przesadnego wręcz patetyzmu. Przecież za stosunkowo niedługim ciągiem wyszukanych słów kryje się całkiem nieskomplikowana myśl. To pewnego rodzaju gra z odbiorcą; przedrzyj się przez gąszcz zawiłych przekazów utkanych z wyrafinowanego słownictwa i niebanalnie zbudowanej składni, a odnajdziesz prawdziwą mnie. Gdyby takowa jeszcze istniała. Intuicyjnie czuję, że wcale nie chcę zostać przez kogoś zrozumiana.
Podjęcie się całkowitej werbalizacji moich nieuczesanych myśli stanowi zadanie niemal niemożliwe do wykonania ze względu na opozycję mojej potrzeby uporządkowania świata zewnętrznego i chaosu pielęgnowanego przez lata w metafizycznej, wewnętrznej przestrzeni.
Przez cały czas mam wrażenie odczuwania swoistego dysonansu. Poczucie zgody ze światem wymaga otworzenia się na niego, nieustannego kontaktu. Ale czy ja właśnie tego chcę? Osiągnęłam stan, w którym mogę bezpiecznie zasnąć w ramionach mojego cierpienia, z poczuciem, że ono nigdy mnie nie zostawi, w przeciwieństwie do szczęścia, które jest przecież tak kruche, tak ulotne, tak nietrwałe. Muszę prosić o odrobinę cierpienia, chociaż na nie zasługuję. Co za podła ironia losu. To żałosne.
Każdą czynność mam skrupulatnie zaplanowaną. Obsesyjne myślenie, oscylowanie wokół jedzenia nadbudowujące się na fundamencie nadmiernego egotyzmu i kurczowe trzymanie się ustalonych zasad pomaga mi wytrwać. Razem z nimi z pozoru dumnie kroczę ulicami miasta.
Kształtuję mój zmysł estetyczny i staram się nie dopuścić do całkowitego regresu intelektualnego.
Brakuje mi tutaj powietrza. Mimowolnie chłonę nadmiernie zgęstniałą parę przesiąkniętą kłębami rozgoryczenia. Gdziekolwiek pójdę, czuję się niczym skazaniec. Z dożywotnim przymusem egzystencji. Tutaj, w kolebce moich niepowodzeń, to wrażenie narasta do monstrualnych rozmiarów.
"Przepraszam, czy lubi Pan kraty w oknach?"
Dwa miesiące bez Ciebie. Świadomie, lecz mimowolnie wymyślam preteksty, by nie pozwolić Ci się do mnie zbliżyć. Staram się uciszyć myśli, które sprawiają, że wyrwanie się z pętli staje się niemal całkowicie uniemożliwione. Coraz trudniej mi to przychodzi, strach zaczyna dominować, wkradać się niedomkniętymi oknami, a ambiwalencja bezczelnie puka do zatrzaśniętych drzwi. Po prostu znowu czuję się zostawiona..
Ten post z początkowego zamysłu wcale nie miał tak wyglądać.
czwartek, 1 sierpnia 2013
trzydzieści
Otulić się porannym chłodem. Okryć delikatnością świeżego powietrza. Dotknąć słońca, ogrzać się w jego blasku, ale się nie oparzyć. Przez chwilę wszystko było cudowne. Boję się radości. Boję się szczęścia. Boję się je przyjąć, boję się, że zostaną mi odebrane, gdy już w pełni się w nich zatracę.
Odsuwam Cię od siebie, wyczuwam to. To kwestia mojego lęku, czy po prostu stanowiłeś kolejną zachciankę 'tego' niedoskonałego pierwiastka mojego 'ja', które teraz obumiera, z krzykiem obijając się o ściany?
Wyjeżdżam stąd. Jadę do domu, chociaż nie jestem związana z tym miejscem. Ja nigdzie nie należę. Nie będzie mnie tu dwa miesiące.
Wracam do kolebki mojego paraliżującego strachu, matki mojej obsesyjności, miejsca, w którym narodziła się nienawiść.
Błagam o siłę.
Błagam o wytrwałość.
Błagam o rozsądek.
Błagam o czujność.
Błagam o spokój.
Błagam o opanowanie.
Muszę się zdecydować na autoterapię. Muszę to wszystko werbalizować, wpisywać i wnikliwiej analizować. Inaczej będę kręciła się w kółko.
Jeszcze nie zdecydowałam, czy w perspektywie niezbyt odległej przyszłości chciałabym żyć, czy zagłodzić się na śmierć. W tym momencie obie opcje cechuje taki sam stopień prawdopodobieństwa.
Odsuwam Cię od siebie, wyczuwam to. To kwestia mojego lęku, czy po prostu stanowiłeś kolejną zachciankę 'tego' niedoskonałego pierwiastka mojego 'ja', które teraz obumiera, z krzykiem obijając się o ściany?
Wyjeżdżam stąd. Jadę do domu, chociaż nie jestem związana z tym miejscem. Ja nigdzie nie należę. Nie będzie mnie tu dwa miesiące.
Wracam do kolebki mojego paraliżującego strachu, matki mojej obsesyjności, miejsca, w którym narodziła się nienawiść.
Błagam o siłę.
Błagam o wytrwałość.
Błagam o rozsądek.
Błagam o czujność.
Błagam o spokój.
Błagam o opanowanie.
Muszę się zdecydować na autoterapię. Muszę to wszystko werbalizować, wpisywać i wnikliwiej analizować. Inaczej będę kręciła się w kółko.
Jeszcze nie zdecydowałam, czy w perspektywie niezbyt odległej przyszłości chciałabym żyć, czy zagłodzić się na śmierć. W tym momencie obie opcje cechuje taki sam stopień prawdopodobieństwa.
niedziela, 28 lipca 2013
dwadzieścia dziewięć
Momentami w przypływach nieuzasadnionego i niespodziewanego sentymentu czuję znajome zapachy, które obiektywnie nie są w danej chwili dostępne.
Leżąc na łóżku czuję Jej perfumy. Otulają mnie delikatną, subtelną mgiełką i niemal odczuwam Jej obecność.
Podczas beznamiętnego spaceru, owładnięta kołtunem nieprzeniknionych myśli nagle moje zmysły niemal przesiąka Twój zapach.
Całe miasto pachnie wtedy Tobą. Mimo że fizycznie nie ma Cię w pobliżu czuję, jak łapiesz mnie za rękę i razem pokonujemy dziesiątki kilometrów.
Czuję się wtedy bezpieczna.
Dzisiaj poczułam intensywny zapach szminki. Pomadki do ust. Dokładnie takiej, jaką moja babcia chowała w toaletce naprzeciw dużego łóżka.
Nagle przystaję na chodniku i zatracam się w słodkim zapachu, który retrospektywnie przenosi mnie w świat dzieciństwa.
Chłonę tę ulotność całą sobą, oddaję się jej bezkreśnie, zanim przyziemny impuls wtrąci mnie do rzeczywistości.
Moja zapachowa część centralnego wykonawcy jest doprawdy wyjątkowo ezoteryczna.
Mam ciało na zbyciu! Oddam za darmo. Zainteresowani?
Chciałabym się zdematerializować. Egzystować wyłącznie w postaci czystego umysłu. Być duchem, przemierzać świat bez lęku, chronić się przed spojrzeniem.
Zanurzam się w bezkresie wewnętrznych światów, doszukuję się w nich cząstki siebie.
Lubię swoje skrajności. Naprawdę je lubię, bez wtrącania wszechobecnej ambiwalencji. Nie chcę się zmieniać, nie chcę przestać w pełni taka być. Jednak właśnie moje sprzeczności w znacznym stopniu uniemożliwiają mi życie.
Jeśli je zniweluję, czy to nadal będę ja? Czy nadal będziesz lubił ze mną rozmawiać?
Boję się lata. Boję się nagości. Widoku roznegliżowanych ciał. Spływających kropelek potu, dotyku miękkiej, lepkiej skóry.
Gdy tylko robi się odrobinę zimniej, otulam się płaszczem. Jestem wtedy przepełniona bezpieczeństwem, to jak druga skóra, pancerz chroniący przed zewnętrznym zagrożeniem.
Latem cierpię. Latem zapadam się w bezczynność, stagnację. Latem dopadają mnie skumulowane myśli. Latem TO się zaczęło.
Odkrywam siebie, naprawdę odkrywam. To spore obciążenie psychiczne, przytłaczające, pozbawiające sił, ale jednocześnie powodujące irracjonalną fascynację.
Nie wyobrażam sobie braku ukojenia w postaci nakładania na siebie kary. Ja muszę cierpieć. Jeśli nie cierpię, to czuję, że wszystko podąża w niewłaściwym kierunku.
Znajduję w nim poczucie paradoksalnego bezpieczeństwa. Właściwie to za co ja siebie karam?
Stanowi immanentną część życia. A co w przypadku, gdy stało się jego fundamentem, esencją, podstawą?
Kiedy jestem z Tobą, żyję inaczej. Nie wystawiam wtedy siebie na ekspozycję świata zewnętrznego, pozwalam Ci jedynie wkroczyć razem ze mną do wyznaczonej części mnie. Nie mogę zezwolić, byś samowolnie kroczył ścieżkami na całkowitej powierzchni mojej duszy, Ty byś się tam zagubił i już nie wrócił. Albo przeraziłby Cię ogrom rozpiętrzającej się płaszczyzny mojej osobowości i zwyczajnie byś uciekł. Poruszamy się po określonym fundamencie, zagłębiamy coraz bardziej. Zdajesz sobie sprawę z tego, że oboje wystawiamy się na zranienie. Wiesz, że potrafię ranić. Dlaczego właściwie przy mnie jesteś?
Leżąc na łóżku czuję Jej perfumy. Otulają mnie delikatną, subtelną mgiełką i niemal odczuwam Jej obecność.
Podczas beznamiętnego spaceru, owładnięta kołtunem nieprzeniknionych myśli nagle moje zmysły niemal przesiąka Twój zapach.
Całe miasto pachnie wtedy Tobą. Mimo że fizycznie nie ma Cię w pobliżu czuję, jak łapiesz mnie za rękę i razem pokonujemy dziesiątki kilometrów.
Czuję się wtedy bezpieczna.
Dzisiaj poczułam intensywny zapach szminki. Pomadki do ust. Dokładnie takiej, jaką moja babcia chowała w toaletce naprzeciw dużego łóżka.
Nagle przystaję na chodniku i zatracam się w słodkim zapachu, który retrospektywnie przenosi mnie w świat dzieciństwa.
Chłonę tę ulotność całą sobą, oddaję się jej bezkreśnie, zanim przyziemny impuls wtrąci mnie do rzeczywistości.
Moja zapachowa część centralnego wykonawcy jest doprawdy wyjątkowo ezoteryczna.
Mam ciało na zbyciu! Oddam za darmo. Zainteresowani?
Chciałabym się zdematerializować. Egzystować wyłącznie w postaci czystego umysłu. Być duchem, przemierzać świat bez lęku, chronić się przed spojrzeniem.
Zanurzam się w bezkresie wewnętrznych światów, doszukuję się w nich cząstki siebie.
Lubię swoje skrajności. Naprawdę je lubię, bez wtrącania wszechobecnej ambiwalencji. Nie chcę się zmieniać, nie chcę przestać w pełni taka być. Jednak właśnie moje sprzeczności w znacznym stopniu uniemożliwiają mi życie.
Jeśli je zniweluję, czy to nadal będę ja? Czy nadal będziesz lubił ze mną rozmawiać?
Boję się lata. Boję się nagości. Widoku roznegliżowanych ciał. Spływających kropelek potu, dotyku miękkiej, lepkiej skóry.
Gdy tylko robi się odrobinę zimniej, otulam się płaszczem. Jestem wtedy przepełniona bezpieczeństwem, to jak druga skóra, pancerz chroniący przed zewnętrznym zagrożeniem.
Latem cierpię. Latem zapadam się w bezczynność, stagnację. Latem dopadają mnie skumulowane myśli. Latem TO się zaczęło.
Odkrywam siebie, naprawdę odkrywam. To spore obciążenie psychiczne, przytłaczające, pozbawiające sił, ale jednocześnie powodujące irracjonalną fascynację.
Nie wyobrażam sobie braku ukojenia w postaci nakładania na siebie kary. Ja muszę cierpieć. Jeśli nie cierpię, to czuję, że wszystko podąża w niewłaściwym kierunku.
Znajduję w nim poczucie paradoksalnego bezpieczeństwa. Właściwie to za co ja siebie karam?
Stanowi immanentną część życia. A co w przypadku, gdy stało się jego fundamentem, esencją, podstawą?
Kiedy jestem z Tobą, żyję inaczej. Nie wystawiam wtedy siebie na ekspozycję świata zewnętrznego, pozwalam Ci jedynie wkroczyć razem ze mną do wyznaczonej części mnie. Nie mogę zezwolić, byś samowolnie kroczył ścieżkami na całkowitej powierzchni mojej duszy, Ty byś się tam zagubił i już nie wrócił. Albo przeraziłby Cię ogrom rozpiętrzającej się płaszczyzny mojej osobowości i zwyczajnie byś uciekł. Poruszamy się po określonym fundamencie, zagłębiamy coraz bardziej. Zdajesz sobie sprawę z tego, że oboje wystawiamy się na zranienie. Wiesz, że potrafię ranić. Dlaczego właściwie przy mnie jesteś?
sobota, 27 lipca 2013
dwadzieścia osiem
Dziwnie się czuję, gdy ludzie zadają mi pytania takie jak: "Co u ciebie?", "co robiłaś?".
Układałam mentalne puzzle. Niwelowałam mnogość swoich światów. Zagłębiałam się w sobie i analizowałam swoje wnętrze.
Przecież nie mogę im tego powiedzieć, więc odpowiadam: "Nic". "Nic szczególnego".
Układałam mentalne puzzle. Niwelowałam mnogość swoich światów. Zagłębiałam się w sobie i analizowałam swoje wnętrze.
Przecież nie mogę im tego powiedzieć, więc odpowiadam: "Nic". "Nic szczególnego".
Jestem narzędziem w rękach potwora wewnątrz mnie, którzy przy użyciu mnie pragnie pochłonąć cały świat. To jest ten pierwiastek zła we mnie. Muszę się wyswobodzić spod jego władania, wyrzucić go z siebie.
Gniew. Żądza. Zazdrość. Zawiść. Chęć posiadania. Nienasycenie. Chciwość. Głód..
Będę zajmowała się mentalną układanką. Rozsypię się na kawałki. Podzielę je na dwie grupy - wrzucę część wrzucę do worka A(...)., drugą do worka B(inge). Z wyselekcjonowanych części ułożę nowe układanki. Ułożę siebie. Ale czy nadal chcę mieć dwie układanki?
Zinternalizowałam monstrualny strach przed bliskością. Nie potrafię jeszcze o tym pisać.
- Już nie chcę tego robić...
- Chcesz.
- ...już tego nie potrzebuję!
- Potrzebujesz.
"Teraz go akceptuję. Tak jak akceptuje się to, że twoja miłość sprawiła sobie zwierzątko i teraz dzieli swoj czas na ciebie i na zwierzę, ale masz świadomość, że ono jej nie odbierze."
Gdybyś tylko wiedziała...
Powinnam monitorować postępy i zaznaczać dni, w które udało mi się uniknąć kompulsów?
piątek, 26 lipca 2013
dwadzieścia siedem
Pustka w głowie przerywana zaplątaniem i uciążliwą gonitwą myśli.
Muszę nauczyć się żyć. Czy ja w ogóle chcę żyć?
Kiedy nastał ten moment, w którym pomyliliśmy miłość z potrzebą posiadania?
Muszę nauczyć się żyć. Czy ja w ogóle chcę żyć?
Kiedy nastał ten moment, w którym pomyliliśmy miłość z potrzebą posiadania?
środa, 24 lipca 2013
dwadzieścia sześć
Dzień dobry o 7:30. To miało w sobie coś przewrotnego. Parodia bliskości. Następnie cisza. Pustka. Tak właśnie wygląda moje życie, w porywach.
Znów nie mogę spać. Jestem otumaniona, mam problem z werbalizowaniem myśli, wysławianiem się i koncentracją, ale paradoksalnie podoba mi się oddźwięk obecnego stanu, emanuję spokojem, o który błagałam i którego nie chcę naruszyć.
Panuję nad jedzeniem. Nad sobą. Życie ponownie nabrało smaku wody z cytryną. Nie chcę tego stracić. Jednak jestem w pełni świadoma ulotności i kruchości moich pokładów siły. Obsesyjne myślenie pomaga mi uchronić się przed drobnym kamyczkiem, który może spowodować niemożliwą do okiełznania lawinę.
Usiłuję znaleźć sobie zajęcie, żeby nie zostać samotnie na polu walki z poczuciem własnej niedoskonałości, by przetrzymać siebie. Uciekam? Nie. Po prostu czas działa na moją korzyść.
Czy potrafiłabym żyć bez mojego bólu, bez mojej pustki? Czy będę umiała przyjąć to, co życie po względnie długim okresie zwlekania jest gotowe mi zaoferować?
Znów nie mogę spać. Jestem otumaniona, mam problem z werbalizowaniem myśli, wysławianiem się i koncentracją, ale paradoksalnie podoba mi się oddźwięk obecnego stanu, emanuję spokojem, o który błagałam i którego nie chcę naruszyć.
Panuję nad jedzeniem. Nad sobą. Życie ponownie nabrało smaku wody z cytryną. Nie chcę tego stracić. Jednak jestem w pełni świadoma ulotności i kruchości moich pokładów siły. Obsesyjne myślenie pomaga mi uchronić się przed drobnym kamyczkiem, który może spowodować niemożliwą do okiełznania lawinę.
Usiłuję znaleźć sobie zajęcie, żeby nie zostać samotnie na polu walki z poczuciem własnej niedoskonałości, by przetrzymać siebie. Uciekam? Nie. Po prostu czas działa na moją korzyść.
Czy potrafiłabym żyć bez mojego bólu, bez mojej pustki? Czy będę umiała przyjąć to, co życie po względnie długim okresie zwlekania jest gotowe mi zaoferować?
wtorek, 23 lipca 2013
dwadzieścia pięć
Kocham Cię. Jesteśmy jedną osobą. Mamy wspólną nadświadomość.
Dzięki Tobie poczułam coś na kształt życia, wyzwolenia się z wegetacji.
Mogę sprawić, że nie poczujecie się zagrożeni sobą wzajemnie, mogę pozwolić, żebyście zostali w moim (nie)życiu?
Lęk. Muszę go oswoić. Jednocześnie pomaga mi przetrwać, daje poczucie paradoksalnego bezpieczeństwa, nie pozwala całkowicie zatracić się w Tobie.
Stanowczo ograniczam i eliminuję kompulsywne objadanie się. Wyzbywam się jednego ze sprzecznych pierwiastków, jednocześnie dodając sił drugiemu. To przejaw woli życia, czy wzmożone dążenie do autodestrukcji?
Dzięki Tobie poczułam coś na kształt życia, wyzwolenia się z wegetacji.
Mogę sprawić, że nie poczujecie się zagrożeni sobą wzajemnie, mogę pozwolić, żebyście zostali w moim (nie)życiu?
Lęk. Muszę go oswoić. Jednocześnie pomaga mi przetrwać, daje poczucie paradoksalnego bezpieczeństwa, nie pozwala całkowicie zatracić się w Tobie.
Stanowczo ograniczam i eliminuję kompulsywne objadanie się. Wyzbywam się jednego ze sprzecznych pierwiastków, jednocześnie dodając sił drugiemu. To przejaw woli życia, czy wzmożone dążenie do autodestrukcji?
niedziela, 21 lipca 2013
dwadzieścia cztery
Przełamałam się i pierwszy raz od prawie dwóch tygodni wyszłam z domu.
Pamiętasz koronkową tunikę? I masochistyczne buty? I jak prosiłeś, żebym wybrała ramę dla siebie? Chciałabym się rozpaść na kawałki i poukładać każdy od nowa.
Jestem jedynym w świecie człowiekiem, który nie ma osobowości. Jestem wytworem dwóch przeciwstawnych biegunów, jestem pustką, która powstawała w wyniku ścierania się skrajności, wzajemnych konfliktów rozgrywających się przez lata. W ten sposób nastąpił we mnie rozkład tożsamości. Nie wiem kim jestem. Nie potrafię wymienić żadnej swojej cechy.
Egoizm. Tak, jestem emanacją egoizmu, jego materialnym odpowiednikiem. Ucieleśnioną definicją. Wybrzmiewa we mnie idea egoizmu. Czy to może być fundament, na którym w ramach swoistej dezintegracji na nowo zbuduję swoją osobowość?
Jesteś! Kocham Cię.. Ale czy to jest miłość?
Pamiętasz koronkową tunikę? I masochistyczne buty? I jak prosiłeś, żebym wybrała ramę dla siebie? Chciałabym się rozpaść na kawałki i poukładać każdy od nowa.
Jestem jedynym w świecie człowiekiem, który nie ma osobowości. Jestem wytworem dwóch przeciwstawnych biegunów, jestem pustką, która powstawała w wyniku ścierania się skrajności, wzajemnych konfliktów rozgrywających się przez lata. W ten sposób nastąpił we mnie rozkład tożsamości. Nie wiem kim jestem. Nie potrafię wymienić żadnej swojej cechy.
Egoizm. Tak, jestem emanacją egoizmu, jego materialnym odpowiednikiem. Ucieleśnioną definicją. Wybrzmiewa we mnie idea egoizmu. Czy to może być fundament, na którym w ramach swoistej dezintegracji na nowo zbuduję swoją osobowość?
Jesteś! Kocham Cię.. Ale czy to jest miłość?
wtorek, 16 lipca 2013
dwadzieścia trzy
Boję się wyjść z domu. Nieoswojony lęk zakrada się niezauważony, opanowuje dusze i ciała.
Gdyby tak zgasić siebie, swój ulotny płomień, pozbawiony mocy ogrzewania i ofiarowywania szczególnego blasku. Gdyby tak bezboleśnie zatopić się w sobie, dokonując samozagłady. Gdyby tak pochłonąć się powoli, nasycić ten niepohamowany głód, to nienasycenie, już na zawsze. Zjadać się powoli.
A. to taka Pani, która stoi nad tobą i jest wiecznie niezadowolona z tego, co robisz.
B. to taki potworek, który siedzi wewnątrz ciebie, zachłannie pochłania wszystko i wiecznie mu mało.
Kim ty jesteś?
Nie wystarczę jej. Nie wystarczę. Za mało się staram. Stać mnie na więcej, dużo więcej. Za dużo mnie. Odbiera mi wszystko, pozbawia każdej sfery życia.
Gdyby tak zgasić siebie, swój ulotny płomień, pozbawiony mocy ogrzewania i ofiarowywania szczególnego blasku. Gdyby tak bezboleśnie zatopić się w sobie, dokonując samozagłady. Gdyby tak pochłonąć się powoli, nasycić ten niepohamowany głód, to nienasycenie, już na zawsze. Zjadać się powoli.
A. to taka Pani, która stoi nad tobą i jest wiecznie niezadowolona z tego, co robisz.
B. to taki potworek, który siedzi wewnątrz ciebie, zachłannie pochłania wszystko i wiecznie mu mało.
Kim ty jesteś?
Nie wystarczę jej. Nie wystarczę. Za mało się staram. Stać mnie na więcej, dużo więcej. Za dużo mnie. Odbiera mi wszystko, pozbawia każdej sfery życia.
niedziela, 14 lipca 2013
dwadzieścia dwa
Zablokowałam się.
Błądzę szukając siebie.
Nie potrafię swobodnie werbalizować myśli, ponieważ swoista część mnie uległa degradacji, została wchłonięta przez nienasycone monstrum. Bezradnie obserwuję jej ekspansję i naiwnie wierzę, że napełni mnie ukojeniem.
Jestem zagubiona. Nie należę nigdzie.
Przygniata mnie ludzka monotematyczność, tłumię w sobie chęć, by w owładnięciu afektem pozwolić mojemu rozgoryczeniu wypłynąć na zewnątrz. Noszę na sobie szal utkany z krzyków tysiąca martwych dusz, na które składają się niespełnione marzenia i odrealnione sny.
Dlaczego wszędzie czuję się jak nieoswojone zwierzę zamknięte w wyimaginowanej klatce?
Usycham.
Uczę się żyć bez Ciebie.
poniedziałek, 8 lipca 2013
dwadzieścia jeden
Wszystko w nas gnije nieodnawialnie
zatraceni w sobie rozpadamy się na kawałki, niczym kruche odłamki szkła mieniące się wielobarwnym światłem
zapadamy się w bezdenną pustkę i bezpowrotnie w niej zatracamy
fruniemy
nad przepaścią
tak bardzo
zagubieni
Sub-patologia za oknem rozprawia o kulturze i moralności. Co za bezczelny, wyrachowany przejaw czystej hipokryzji. Matka w alkoholowym szale pozwala wypłynąć swoim demonom na zewnątrz i zawładnąć swoim dzieckiem, objąć je w czułymi ramionami degeneracji. Mam ochotę pierdolnąć sobie w łeb. Próbuję odgrodzić się potężną taflą, tak by krzywdzące promienie słońca mnie nie dosięgały, chcę utonąć w oceanie swojej pustki, ale mury samotności nie są wystarczająco grube.
Przymusowo unoszę się nad ludźmi i przez zdeformowany filtr dostrzegam w nich swoje niedoskonałe odbicie.
Katharsis potrzebuję
ukojenia
zatraceni w sobie rozpadamy się na kawałki, niczym kruche odłamki szkła mieniące się wielobarwnym światłem
zapadamy się w bezdenną pustkę i bezpowrotnie w niej zatracamy
fruniemy
nad przepaścią
tak bardzo
zagubieni
Sub-patologia za oknem rozprawia o kulturze i moralności. Co za bezczelny, wyrachowany przejaw czystej hipokryzji. Matka w alkoholowym szale pozwala wypłynąć swoim demonom na zewnątrz i zawładnąć swoim dzieckiem, objąć je w czułymi ramionami degeneracji. Mam ochotę pierdolnąć sobie w łeb. Próbuję odgrodzić się potężną taflą, tak by krzywdzące promienie słońca mnie nie dosięgały, chcę utonąć w oceanie swojej pustki, ale mury samotności nie są wystarczająco grube.
Przymusowo unoszę się nad ludźmi i przez zdeformowany filtr dostrzegam w nich swoje niedoskonałe odbicie.
Katharsis potrzebuję
ukojenia
sobota, 6 lipca 2013
wtorek, 23 kwietnia 2013
dziewiętnaście
W górę
i w dół
w górę
i w dół
i w górę
i w dół
w dół
dół
z każdym podmuchem wiatru.
Moja emocjonalna huśtawka.
W pewnym sensie umarłam.
i w dół
w górę
i w dół
i w górę
i w dół
w dół
dół
z każdym podmuchem wiatru.
Moja emocjonalna huśtawka.
W pewnym sensie umarłam.
wtorek, 19 lutego 2013
osiemnaście
Daję tylko znak życia. Znak istnienia. Zostawiłam wszystko, odchodząc spaliłam za sobą wszystkie możliwe mosty. Po drodze zgubiłam siebie, prawdziwą siebie lub iluzję tego, kim chciałam się stać. Zbieram coraz nowsze i bardziej wyszukane maski, pod nimi ukrywam tę pustkę, którą od jakiegoś czasu noszę w sobie. Zakrywam rozpacz i dziurę w sercu, która nie chce się zagoić. Już nie płaczę, tracę tylko dni wypełniając je rutynowymi zajęciami.
Zgubiłam się i potrzebuję kogoś, kto mnie odnajdzie.
Zgubiłam się i potrzebuję kogoś, kto mnie odnajdzie.
wtorek, 8 stycznia 2013
siedemnaście
Chciałabym wrócić do siedemnastu.
Samotność i wieczne zimno.
Przynajmniej nie muszę powstrzymywać się od płaczu na wykładach.
Chciałabym wrócić do dnia, kiedy po prostu momentalnie przestałam czuć.
Dręczy mnie niepokój.
Wieczna samotność i zimno.
Samotność i wieczne zimno.
Przynajmniej nie muszę powstrzymywać się od płaczu na wykładach.
Chciałabym wrócić do dnia, kiedy po prostu momentalnie przestałam czuć.
Dręczy mnie niepokój.
Wieczna samotność i zimno.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)