niedziela, 18 sierpnia 2013

Trzydzieści cztery

Lubię tę liczbę. Zgadnijcie, dlaczego?
Wczoraj moi rodzice wrócili z (kolejnego) urlopu. Na tydzień ponownie zostałam sama, przesiewając się przez gąszcz wątpliwości, błądząc po zakamarkach własnych myśli i odczuć. Podświadomie w nieznacznym stopniu znów mam poczucie, że zostałam 'porzucona', ale z racjonalnego punktu widzenia - potrzebowałam samotności. W ciągu wspomnianych kilku dni nabrałam odrobiny dystansu do rzeczywistości, do samej siebie, stałam się nieco mniej niestabilna.
Zmierzam do tego, że liczyłam na rozmowę z mamą. Nie zamierzam się użalać nad sobą, po prostu mam potrzebę nazwania moich zaburzeń i konfrontacji przemyśleń z kimś 'z zewnątrz'. Poświęciła mi...aż 2 minuty. Przez resztę wieczoru pomagałam rozpakowywać ubrania i przywiezione rzeczy, rozmawialiśmy o głupotach. Ojciec w swej naturalnej irytacji oznajmił, że jeszcze bardziej przypominam szkielet, po czym jego zbliżający się, z pozoru nieunikniony, wybuch niepohamowanej złości został przytłumiony przez mamę nakazującą, by 'nie zaczynał znowu'. Wnioskuję, że musieli rozmawiać na ten temat. Jego stwierdzenie nie wyprowadziło mnie z równowagi, właściwie spodziewałam się podobnego komentarza. Jakaś część mnie doświadczyła w tym momencie swojego rodzaju chorej satysfakcji. Jednocześnie poczułam 'coś' nie do końca przyjemnego (nie potrafię 'tego czegoś' nazwać). Może nadal potrzebuję ich uwagi? Przez chudnięcie otrzymuję ją w negatywnej postaci, ale jednak...dostaję ją. Do tego dążę? Nikomu nie mogłam powiedzieć, że przytłacza mnie niepewność, że tracę pewny grunt pod stopami, że wciąż odkrywam swoje granice. O tym, jakie postępy osiągnęłam, o tym, że do końca miesiąca planuję dobić do mojego dziennego zapotrzebowania (PPM) i niewiele mi brakuje. Chciałabym po prostu, żeby oni mnie zaakceptowali. Taką, jaka jestem. Nie chudszą, grubszą, głupszą, mądrzejszą..

Z drugiej strony być może jestem niesprawiedliwa i postrzegam tę sytuację przez pryzmat wyłącznie swojej osoby. Po prostu mama była zmęczona po podróży trwającej ponad 10 godzin, nie miała ochoty na rozmowę na temat, który jej także sprawia trudność. Z trzeciej strony, wczorajszy wieczór stanowi lustrzane odbicie całej mojej relacji z rodzicami. Zdecydowanie nie należę do osób wylewnych, nie mających trudności z mówieniem o sobie. Wymaga to ode mnie niebotycznego wysiłku, ale gdy już zdecyduję się, zbiorę się w sobie i szukam kontaktu, natychmiast jestem w jakiś sposób odrzucana albo lekceważona. Dziś zmęczenie po podróży, jutro porządki w domu, pojutrze zakupy, następnie pranie, prasowanie, gotowanie, przyjazd gości...
Jak wspominałam, nigdy nie byłam wylewna, zawsze wszystko tłumiłam w sobie, nie potrafiłam nikogo prosić o pomoc, a jeśli już się na to zdobyłam, to sprawa zostawała bagatelizowana. Być może właśnie te sytuacje stanowią źródło moich problemów. Chciałam, żeby ktoś dostrzegł moje cierpienie. Nie potrafiłam mówić, wydobywałam z siebie jedynie głuchy, bezdźwięczny krzyk, którego nikt nie słyszał. Mój ból, niezauważony, musiał znaleźć ujście w fizycznej postaci. 

sobota, 17 sierpnia 2013

Moje wychodzenie z diety, część 2.

Nie chudłam jedząc marchewki i otręby żytnie. Czułam, że każda, nawet najdrobniejsza nadwyżka kalorii odkłada się w postaci tłuszczu. że ubrania robią się ciaśniejsze. Jednocześnie nie mogłam zapanować nad apetytem, nad moim wygłodzonym organizmem. Musiałam zmienić strategię.

10 lipca musiałam wyjechać na kilka dni. Jadłam 2 jabłka, 2 serki wiejskie i 2 pomidory dziennie. Nie potrafię wyjaśnić, co mną wtedy kierowało. Po powrocie do domu (14.07) wieczorem miałam kolejny napad. Mimo przejedzenia, niepohamowanie wpychałam w siebie zdrowie jedzenie (jajka, paluszki krabowe, otręby, jabłka, jogurty, tuńczyk z puszki), ale było ich zdecydowanie zbyt dużo. To był mój ostatni napad.

Stan mojego organizmu stanowił kwestię dla mnie nieistotną. Psychicznie rozsypywałam się na kawałki. Nie umiałam poradzić sobie z własnymi emocjami, nasiliły się uciążliwe stany lękowe, bałam się wychodzić z domu. Tak wyglądał pierwszy tydzień stabilizacji. Jadłam warzywa, głównie zielone, jajka oraz otręby, do tego owoc na śniadanie. Całe dnie leżałam w łóżku, nawet się nie ubierałam.
To był etap oczyszczenia. Być może zrealizowałam go niewłaściwie, ale jadłam produkty bezpiecznie, takie, do których moje ciało było przyzwyczajone. Wykonywałam lekkie ćwiczenia, po 20 minut, nie codziennie, ponieważ nie miałam na to siły. Nawet po zjedzeniu stosunkowo niewielkiej ilości warzyw czułam się przepełniona, miałam wyrzuty sumienia, nawet myśli samobójcze. Moi rodzice byli na wakacjach, straciłam kontakt ze znajomymi, zostałam zupełnie sama. Sama z moim problemem, z czymś, z czym nie potrafiłam sobie poradzić.

W kolejnym tygodniu wróciłam do Ł.(miasto, w którym studiuję), ponieważ miałam opłacony czynsz do końca miesiąca. Postanowiłam wykorzystać ten czas na przemyślenia, potrzebowałam samotności. Tam paradoksalnie czuję się zawsze oczyszczona i wolna, nie więzi mnie łańcuch wspomnień.
Zaczęłam pić wodę. Z cytryną i lodem. Nawet 2 litry dziennie. Wcześniej w ogóle (!) nie piłam wody, przyjmowałam ją wyłącznie w postaci kawy. Jadłam 3-4 razy dziennie. Niewielkie porcje. Włączyłam do diety więcej warzyw, chudy nabiał (twarogi). Po każdym posiłku starałam się pójść na długi lub krótszy spacer, do sklepu, wynieść śmieci, cokolwiek. Do tej pory w wolne dni prowadziłam leżący (!!!) tryb życia.
Czułam się przygnębiona, biłam się z własnymi myślami, momentami było mi zwyczajnie przykro, często nie potrafiłam określić przyczyny smutku, który się przeze mnie przelewał. Jednak nie była to już ambiwalentna rozpacz, przytłaczająca i bezkresna. Mój stan miał w sobie coś błogiego, melancholijnego. Podobało mi się to. Czułam się bezpieczna w ramionach mojego przygnębienia.
Uświadomiłam sobie, że nie mam dostępu do własnych emocji, a więc kontroli nad nimi. Pracowałam nad swoim sposobem rozumowania, wyzbywałam się paranoicznych, emocjonalnych myśli. Niepatologiczna racjonalizacja przebiegała dość opornie. Wiele nocy nie przespałam z powodu iskier ulatniających się z mentalnego pola walki.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Moje wychodzenie z diety, część 1.

Postanowiłam przynajmniej tymczasowo zmodyfikować strukturę bloga. Muszę werbalizować moje przemyślenia, notować informacje o ewentualnych postępach, śledzić i w miarę możliwości kontrolować przebieg działań. Przy okazji być może ktoś z tego skorzysta. Jeżeli moje zmagania przetworzone na słowa, które tutaj piszę zostaną przeczytane przez osobę, która ma pewną wiedzę w tym zakresie lub z mniejszym/większym powodzeniem przechodziła przez to samo piekło, liczę na opinie, rady, wskazówki, cokolwiek.

Otóż postanowiłam zacząć nowy etap w życiu (czyli w diecie, nie oszukujmy się, moja egzystencja ogranicza się do tego aspektu..). Mogę znieść moją niestabilność emocjonalną, huśtawki nastrojów, popadanie w skrajności, permanentne konflikty ze światem i ludźmi, wewnętrzne rozdarcia, skłonności do perfekcjonizmu, intensywny tryb życia, stagnację, stany niżu intelektualnego, zaniżoną samoocenę, lęk przed bliskimi relacjami, brak dostępu do własnych emocji oraz niemożliwość ich kontrolowania i tak dalej. Jednego nie zniosę. Jednej rzeczy. Nie zniosę przytycia. Nie wytrzymam stawania się rozrastającym się potworem. Wolę umrzeć, niż przytyć. Ten fakt skutecznie umotywował podjętą przeze mnie decyzję. Nie podjęłam jej pod wpływem przypływu uczuć do bliskich osób (ponieważ takowych nie posiadam...) ani ze względu na kiełkującą we mnie wolę życia. Ja nawet takowej nie posiadam. Wręcz przeciwnie. Nie jestem pewna, czy ja w ogóle chcę żyć. 

Impuls do zmiany pojawił się w lipcu. Właściwie zalała mnie fala impulsów. 
Irytuje mnie fakt, że nie potrafię wyznaczyć początku - momentu, od którego mogłabym zacząć tę opowieść. Ciągle będę musiała odwoływać się do wydarzeń z przeszłości. Z awersją podchodzę do nieuporządkowania, zwłaszcza na płaszczyźnie moich wypowiedzi. Możliwe, że w ten sposób uciekam od mówienia o sobie. Rzekomy chaos panujący w mojej głowie stanowi pretekst do nieopisywania ich, co jest mi wybitnie na rękę. Do rzeczy...

Dawno temu (ponad 5 lat...) wyznaczyłam sobie cel. Chciałam ważyć 50 kg. I osiągnęłam to, udało mi się, a nawet przekroczyłam pułap wyznaczonej wartości. Jednak to mi nie wystarczyło. W tym momencie muszę skończyć odwoływać się do tak odległej przeszłości. Wspomnę tylko o naprzemiennych głodówkach i napadach, wahaniach wagi, subdepresjach i narastającym wstręcie do jedzenia i samej siebie.
Idąc na studia byłam niemal idealna. Nie wiedziałam ile ważę, ale obiektywnie byłam bardzo szczupła (oczywiście wydawało mi się, że wciąż za mało osiągnęłam, że przecież mogę być jeszcze chudsza...).
Po serii naprzemiennego kompulsywnego objadania się i głodzenia (praktycznie cały rok 2012, zwłaszcza lipiec i sierpień 2012), wyjechałam z mojego miasta. Zmiana miejsca zamieszkania przyniosła ze sobą niewiarygodną odmianę. Jadłam mało, ale regularnie. Przez prawie 3 miesiące (wrzesień, październik, listopad) naprawdę ładnie się trzymałam. Przez zawirowania życiowe i nieumiejętność radzenia sobie z nowymi sytuacjami emocjorodnymi straciłam kontrolę. Zaczęłam jeść. Pochłaniać. Opychać się. Nie jadłam większości zakazanych produktów, ale waga rosła ze względu na zwiększone porcje. Przecież od 3 opakowań otrąb, 2 jogurtów, 5 jajek za jednym posiedzeniem też można przytyć.W kwietniu 2013 przestałam mieścić się w moje ubrania (noszę rozmiar 34). Załamało mnie to. Coś we mnie pękło. Postanowiłam zmieścić się w spodnie, które kupiłam, za wszelką cenę. Maj i czerwiec 2013 można uznać za czas niemal całkowitego głodowania. W moim jadłospisie dominowały marchewki, otręby żytnie i wiejskie twarożki. Potrafiłam nie jeść przez tydzień. Nie przeszkodziła mi nawet nauka do sesji. Z perspektywy kilku tygodni naprawdę nie wiem, jakim cudem mój mózg funkcjonował, jakim sposobem zdałam egzaminy nie dostarczając organizmowi pożywienia. Miałam same piątki. Paliłam pół paczki fajek dziennie. Piłam hektolitry kawy. Och, w spodnie oczywiście się zmieściłam. W zamian usłyszałam wewnętrzny głos, który mówił: "Tylko na tyle cię stać"?

Na przełomie czerwca i lipca kompulsy się nasiliły. Budziłam się o 4 nad ranem, pochłaniałam całe jedzenie, które było dostępne. Bez świadomości, w amoku. To było niekontrolowane, nie mogłam nad tym zapanować. Czułam, że wszelkie przejawy racjonalnego myślenia, jakiegokolwiek myślenia, są wyłączone, że mój organizm błaga o jedzenie. Traciłam kontrolę...

piątek, 9 sierpnia 2013

trzydzieści trzy

Przepraszam, że zaniedbuję bloga. Staram się przez cały czas zajmować się czymś względnie pożytecznym lub chociażby zapełniać luki w harmonogramie, wypełniać pustkę. Czas jest moim sprzymierzeńcem. Na razie...
Wspominałam o uciążliwej pustce w głowie, która przeplata się z niepoukładanymi ciągami bezkształtnych myśli. To jak wewnętrzne roztargnienie, przepełnienie niewypowiedzianymi zdaniami i jednocześnie niemożność wysłowienia się. Biorąc pod uwagę obniżoną możliwość koncentracji, z którą się zmagam, mam nieodparte wrażenie, że staję się ponownie dnem intelektualnym. Skonstruowanie prozaicznej wypowiedzi stanowi dla mnie problem. Podczas czytania książki niemal każde zdanie przetwarzam kilkukrotnie, lecz mimo to nie umiem uchwycić sensu zawartego w niej przekazu.
Taki stan pozostaje w wyraźnym konflikcie z moją potrzebą uporządkowania i rozwoju, tworząc nowe frustracje, które oczywiście są przeze mnie intensywnie tłumione.
Mam bogate życie wewnętrzne.
Jestem pełna i pusta jednocześnie.

Do tego wszystkiego muszę zachowywać pozory normalności, panować nad emocjami i uparcie przekonywać innych i samą siebie, że nie jestem histeryczką.

Cierpię na syndrom opuszczonego dziecka. Tak, nadal jestem dzieckiem, które przez całe życie było pozbawiane wsparcia w momentach, w których najbardziej go potrzebowało. Nie umiem o nic prosić. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć, czy zawsze tak było.

wtorek, 6 sierpnia 2013

trzydzieści dwa

Czas zgrabnym ruchem wyłamać ociężałe kraty, wydostać się z niewoli mentalnych łańcuchów. W otchłani ciemnych podziemi zaczyna brakować mi powietrza, nie mogę tutaj tkwić dłużej.

Wstręt do własnego ciała narasta we mnie z niewiarygodną siłą. Nie potrafię oprzeć się przytłaczającemu wrażeniu, że obrastam zwałami tłuszczu, że leje się on ze mnie hektolitrami z każdym ruchem.

Muszę zmienić strukturę tego bloga.

piątek, 2 sierpnia 2013

trzydzieści jeden

Przyziemną bardziej być muszę. Od rzeczywistości oderwaną w stopniu mniejszym. Rzadziej znacznie w abstrakcję uciekać. 
Zastosowanie inwersji obnaża moją nadmierną momentami skłonność popadania w sidła przesadnego wręcz patetyzmu. Przecież za stosunkowo niedługim ciągiem wyszukanych słów kryje się całkiem nieskomplikowana myśl. To pewnego rodzaju gra z odbiorcą; przedrzyj się przez gąszcz zawiłych przekazów utkanych z wyrafinowanego słownictwa i niebanalnie zbudowanej składni, a odnajdziesz prawdziwą mnie. Gdyby takowa jeszcze istniała. Intuicyjnie czuję, że wcale nie chcę zostać przez kogoś zrozumiana. 

Podjęcie się całkowitej werbalizacji moich nieuczesanych myśli stanowi zadanie niemal niemożliwe do wykonania ze względu na opozycję mojej potrzeby uporządkowania świata zewnętrznego i chaosu pielęgnowanego przez lata w metafizycznej, wewnętrznej przestrzeni.

Przez cały czas mam wrażenie odczuwania swoistego dysonansu. Poczucie zgody ze światem wymaga otworzenia się na niego, nieustannego kontaktu. Ale czy ja właśnie tego chcę? Osiągnęłam stan, w którym mogę bezpiecznie zasnąć w ramionach mojego cierpienia, z poczuciem, że ono nigdy mnie nie zostawi, w przeciwieństwie do szczęścia, które jest przecież tak kruche, tak ulotne, tak nietrwałe. Muszę prosić o odrobinę cierpienia, chociaż na nie zasługuję. Co za podła ironia losu. To żałosne. 

Każdą czynność mam skrupulatnie zaplanowaną. Obsesyjne myślenie, oscylowanie wokół jedzenia nadbudowujące się na fundamencie nadmiernego egotyzmu i kurczowe trzymanie się ustalonych zasad pomaga mi wytrwać. Razem z nimi z pozoru dumnie kroczę ulicami miasta.

Kształtuję mój zmysł estetyczny i staram się nie dopuścić do całkowitego regresu intelektualnego. 

Brakuje mi tutaj powietrza. Mimowolnie chłonę nadmiernie zgęstniałą parę przesiąkniętą kłębami rozgoryczenia. Gdziekolwiek pójdę, czuję się niczym skazaniec. Z dożywotnim przymusem egzystencji. Tutaj, w kolebce moich niepowodzeń, to wrażenie narasta do monstrualnych rozmiarów.
"Przepraszam, czy lubi Pan kraty w oknach?"

Dwa miesiące bez Ciebie. Świadomie, lecz mimowolnie wymyślam preteksty, by nie pozwolić Ci się do mnie zbliżyć. Staram się uciszyć myśli, które sprawiają, że wyrwanie się z pętli staje się niemal całkowicie uniemożliwione. Coraz trudniej mi to przychodzi, strach zaczyna dominować, wkradać się niedomkniętymi oknami, a ambiwalencja bezczelnie puka do zatrzaśniętych drzwi. Po prostu znowu czuję się zostawiona..

Ten post z początkowego zamysłu wcale nie miał tak wyglądać.

czwartek, 1 sierpnia 2013

trzydzieści

Otulić się porannym chłodem. Okryć delikatnością świeżego powietrza. Dotknąć słońca, ogrzać się w jego blasku, ale się nie oparzyć. Przez chwilę wszystko było cudowne. Boję się radości. Boję się szczęścia. Boję się je przyjąć, boję się, że zostaną mi odebrane, gdy już w pełni się w nich zatracę.
Odsuwam Cię od siebie, wyczuwam to. To kwestia mojego lęku, czy po prostu stanowiłeś kolejną zachciankę 'tego' niedoskonałego pierwiastka mojego 'ja', które teraz obumiera, z krzykiem obijając się o ściany?
Wyjeżdżam stąd. Jadę do domu, chociaż nie jestem związana z tym miejscem. Ja nigdzie nie należę. Nie będzie mnie tu dwa miesiące.
Wracam do kolebki mojego paraliżującego strachu, matki mojej obsesyjności, miejsca, w którym narodziła się nienawiść.
Błagam o siłę.
Błagam o wytrwałość.
Błagam o rozsądek.
Błagam o czujność.
Błagam o spokój.
Błagam o opanowanie.

Muszę się zdecydować na autoterapię. Muszę to wszystko werbalizować, wpisywać i wnikliwiej analizować. Inaczej będę kręciła się w kółko.

Jeszcze nie zdecydowałam, czy w perspektywie niezbyt odległej przyszłości chciałabym żyć, czy zagłodzić się na śmierć. W tym momencie obie opcje cechuje taki sam stopień prawdopodobieństwa.