czwartek, 19 września 2013

trzydzieści osiem

Wegetuję unosząc się na morzu samotności. Powoli dobijam do brzegu, usiłując w owładnięciu ostatków zachłanności nie nałykać się słodko-gorzkich wód. Muszę nacieszyć się powietrzem i przywilejem trwania jako rozbitek na niekończącej się linii życia.
Przekraczam granice będące efektem bezczelnej imaginacji, która zapuściła swe silne korzenie przed wieloma laty, wpojona wylewaniem strumieni poniżenia i zaniedbania. W coraz większym stopniu dostrzegam irracjonalność mojego toku rozumowania. 
Ze spraw przyziemnych: mam dosyć tego jebanego domu, tej zatrutej, przesiąkniętej jadem atmosfery. Doskonale kontrastuje z moją koncepcją afirmacji życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz