Zakochałam się w mieście, z którym wiążą się nowe nadzieje. Nie lubię tego słowa. Śmiałe oczekiwania. Może zbyt śmiałe, ale tylko takie posłużą za respirator i podtrzymają mnie przy życiu. Mam uszkodzoną aparaturę. Sama jesteś sobie winna, Julia.
To wszystko wydaje się być przewlekłym snem. Koszmarem? Rzeczywistością? To się dzieje naprawdę. Właśnie tu, teraz, w tym momencie. Natychmiast.
Jestem zakurzonym zakamarkiem. Kulą niechcianego brudu. Permanentnym odpadkiem. Z przerwami na sen. A śnię pięknie. We śnie nie czuję naporu ciała i jego presji bycia nieuchwytnie doskonałym.
Moje myśli więdną, ciało zastyga, a dusza wypełnia się goryczą. Od dawna gości w niej nieprzejrzany smutek odbijający się w tafli niebieskich oczu. Tak często zmieniają kolor. Przyjęło się, że są niebieskie. Nie podobają mi się zielone oczy.
Chciałabym zejść ze sceny i raz na zawsze zrzucić maskę. Schować głęboko, na najniższą półkę w nieodkrytym wnętrzu szafy i nigdy nie wyjmować. Zmienić ją na inną. Lub zupełnie przestać grać.
Anarchia w teatrzyku.
Jesteśmy dorośli, Julka, panujemy nad swoimi emocjami. Nie, nie dziś. Dziś uwolnię swoje wewnętrzne dziecko.
Nie wiem, za czym tęsknię. Za tobą. Za utraconą wolnością, której nigdy nie miałam. Za dotykiem, przed którym się chowam jak poparzona. Za czułością, którą z pogardą odpycham. Za rozmową, którą urywam. Za jedzeniem, którego nienawidzę. Za głodem, którego z jakiegoś powodu, niezależnie ode mnie, nie jestem w stanie przyjąć. Chciałabym krzyczeć, że za tobą tęsknię. Drzeć się i wyć. Potrafię wydusić z siebie tylko bezdźwięczne wołanie, którego nie jesteś w stanie usłyszeć..
Ktoś, kogo kochasz, i ktoś, kto kocha ciebie, nigdy, przenigdy nie są tą samą osobą.


























