Lubię tę liczbę. Zgadnijcie, dlaczego?
Wczoraj moi rodzice wrócili z (kolejnego) urlopu. Na tydzień ponownie zostałam sama, przesiewając się przez gąszcz wątpliwości, błądząc po zakamarkach własnych myśli i odczuć. Podświadomie w nieznacznym stopniu znów mam poczucie, że zostałam 'porzucona', ale z racjonalnego punktu widzenia - potrzebowałam samotności. W ciągu wspomnianych kilku dni nabrałam odrobiny dystansu do rzeczywistości, do samej siebie, stałam się nieco mniej niestabilna.
Zmierzam do tego, że liczyłam na rozmowę z mamą. Nie zamierzam się użalać nad sobą, po prostu mam potrzebę nazwania moich zaburzeń i konfrontacji przemyśleń z kimś 'z zewnątrz'. Poświęciła mi...aż 2 minuty. Przez resztę wieczoru pomagałam rozpakowywać ubrania i przywiezione rzeczy, rozmawialiśmy o głupotach. Ojciec w swej naturalnej irytacji oznajmił, że jeszcze bardziej przypominam szkielet, po czym jego zbliżający się, z pozoru nieunikniony, wybuch niepohamowanej złości został przytłumiony przez mamę nakazującą, by 'nie zaczynał znowu'. Wnioskuję, że musieli rozmawiać na ten temat. Jego stwierdzenie nie wyprowadziło mnie z równowagi, właściwie spodziewałam się podobnego komentarza. Jakaś część mnie doświadczyła w tym momencie swojego rodzaju chorej satysfakcji. Jednocześnie poczułam 'coś' nie do końca przyjemnego (nie potrafię 'tego czegoś' nazwać). Może nadal potrzebuję ich uwagi? Przez chudnięcie otrzymuję ją w negatywnej postaci, ale jednak...dostaję ją. Do tego dążę? Nikomu nie mogłam powiedzieć, że przytłacza mnie niepewność, że tracę pewny grunt pod stopami, że wciąż odkrywam swoje granice. O tym, jakie postępy osiągnęłam, o tym, że do końca miesiąca planuję dobić do mojego dziennego zapotrzebowania (PPM) i niewiele mi brakuje. Chciałabym po prostu, żeby oni mnie zaakceptowali. Taką, jaka jestem. Nie chudszą, grubszą, głupszą, mądrzejszą..
Z drugiej strony być może jestem niesprawiedliwa i postrzegam tę sytuację przez pryzmat wyłącznie swojej osoby. Po prostu mama była zmęczona po podróży trwającej ponad 10 godzin, nie miała ochoty na rozmowę na temat, który jej także sprawia trudność. Z trzeciej strony, wczorajszy wieczór stanowi lustrzane odbicie całej mojej relacji z rodzicami. Zdecydowanie nie należę do osób wylewnych, nie mających trudności z mówieniem o sobie. Wymaga to ode mnie niebotycznego wysiłku, ale gdy już zdecyduję się, zbiorę się w sobie i szukam kontaktu, natychmiast jestem w jakiś sposób odrzucana albo lekceważona. Dziś zmęczenie po podróży, jutro porządki w domu, pojutrze zakupy, następnie pranie, prasowanie, gotowanie, przyjazd gości...
Jak wspominałam, nigdy nie byłam wylewna, zawsze wszystko tłumiłam w sobie, nie potrafiłam nikogo prosić o pomoc, a jeśli już się na to zdobyłam, to sprawa zostawała bagatelizowana. Być może właśnie te sytuacje stanowią źródło moich problemów. Chciałam, żeby ktoś dostrzegł moje cierpienie. Nie potrafiłam mówić, wydobywałam z siebie jedynie głuchy, bezdźwięczny krzyk, którego nikt nie słyszał. Mój ból, niezauważony, musiał znaleźć ujście w fizycznej postaci.
ja na szczęście mam bardzo dobry kontakt z Mamą, potrafimy rozmawiać godzinami - mój Tata niestety nie żyje, mam tylko Mamę i Siostrę. po śmierci Taty doceniłysmy to że mamy tylko siebie i nasze kontakty się poprawiły. Nie możesz sobie wamawiac że postrzegasz to przez pryzmat własnej osoby, każde dziecko potrzebuje rozmowy z mamą, próbuj z nią rozmawiać jak najcześciej w końcu się uda! głowa do góry!
OdpowiedzUsuńhttp://anorektycznie.blogspot.com/
Pewnie masz rację, ale niestety jestem "głucha" na tego typu komentarze, wiem co do mnie piszesz, rozumiem to ale nie potrafię tego do siebie dopuścić, gdzieś to umyka z nadzieją, że ze mną będzie inaczej...
OdpowiedzUsuńMój tata również zmarł. Zostałam sama z mamą. Jednak jesteśmy od siebie całkowicie różne, nie potrafimy się zrozumieć. Rozumiem Cię, z jednej strony chcesz się przełamać, odbudować więzi, ale gdy kończy się to niepowodzeniem, jest jeszcze gorzej. I boli.
OdpowiedzUsuńAle trzeba dalej próbować. Bo mimo licznych nieporozumień i kłótni, to udaje się nam czasem spokojnie porozmawiać. A własnie te rozmowy wynagrodzą wszelkie cierpienia, bo nie ma nic takiego, jak ciepły uścisk mamy :)
http://perfection-live-ev.blogspot.com/
Hej:)
OdpowiedzUsuńJeszcze nie nadrobiłam Twoich notek, ale zrobię to jutro, póki co po samych tytułach tych ostatnich widzę, że chyba jest dobrze i naprawdę bardzo mnie to cieszy:)
U mnie z kolei kiepsko. Niby w nawykach żywieniowych nic się nie zmieniło, jem tyle samo, ale inaczej na to patrzę, kompletny krok do tyłu pod tym względem. Znów chcę chudości, różnica jest tylko taka, że tym razem już całkowicie świadomie wykorzystuję jedzeniowe mechanizmy, żeby poradzić sobie z emocjami.
Nad morzem poznałam trochę młodszego chłopaka. O ile pierwsze dni cały czas myślałam o K. i na tego B. nawet nie patrzyłam w ten sposób, tylko się z nim szlajałam i bawiłam, to pod koniec wyjazdu zauważyłam, że dużo mniej myślę o K., za to bardzo przywiązałam się do tego z morza. On mieszka strasznie daleko ode mnie, prawie 300km, więc oczywiście wiedziałam od początku, że to taka wakacyjna znajomość i niczego więcej nie chciałam. Ale między nami od początku była jakaś taka chemia. Nie całowaliśmy się, ale na przykład chodziliśmy pod rękę, siedzieliśmy przytuleni albo pod sam koniec, tuż przed wyjazdem, tak mocno i długo przytuliliśmy się na pożegnanie i to nie był tylko kumpelski uścisk. Rozdziera mnie to teraz, sama nie wiem czemu, bo tęsknię za B. strasznie i żałuję, że nie mieszka bliżej i w ten sposób narusza to moje uczucia do K., choć do K. czuję to samo i tak samo silnie jak przed wyjazdem. Dziś się z nim widzę.
Dobija mnie to wszystko, sama się dziwię, że tak bardzo. To nawet nie wyrzuty sumienia ze względu na K., bo w końcu nie jesteśmy jeszcze parą. Nie potrafię nawet dokładnie określić, czemu mnie to tak dołuje.
Ściskam mocno, bo dobrze być znów u Ciebie:) Jutro przeczytam skomentuję Twoje ostatnie wpisy:)
The Bigger One
Nadrobiłam!
OdpowiedzUsuńW ciągu wspomnianych kilku dni nabrałam odrobiny dystansu do rzeczywistości, do samej siebie, stałam się nieco mniej niestabilna. - no i super. Najważniejsze to się teraz nie cofać, cały czas iść do przodu, najwyżej robić sobie przerwy na spokojne przemyślenie własnych postępów i zaplanowanie kolejnych kroków. Teraz już w momentach załamania, zagrożenia nawrotem, przynajmniej będzie ta świadomość, co osiągnęłaś do tej pory i po co sięgasz po stare metody.
Gratuluję zbliżania się do PPM! Mi wciąż wydaje się to nierealne, póki co chyba nie dałabym rady, nawet tak powolutku, bałabym się, że skończę z kompulsem. Włączyłaś coś szczególnego jeszcze do diety? O ile kalorii zwiększasz bilanse na dzień? Zastanawiam się, jak dokładnie to wygląda.
'Wymaga to ode mnie niebotycznego wysiłku, ale gdy już zdecyduję się, zbiorę się w sobie i szukam kontaktu, natychmiast jestem w jakiś sposób odrzucana albo lekceważona.' - dokładnie to znam. Od tego się zresztą u mnie zaczęło. Rodzice nie przestawali się kłócić, gdy ich prosiłam, więc odchudzałam się, żeby zwrócić ich uwagę na to, że sobie nie radzę, pisałam Ci już chyba o tym. Teraz już sobie lepiej radzę z mówieniem o emocjach, to chyba coś, nad czym obie musimy ciężko pracować. Dalej często nie potrafię zwrócić się do kogoś z problemem, próbuję go sama rozwiązać lub odpycham od siebie poprzez to niejedzenie.
Bardzo się cieszę, że ruszyłaś do przodu:)
Ściskam mocno!
The Bigger One
Czytając Twoją notkę aż się popłakałam, jesteś tak strasznie autentyczna. Proboje sobie wyobrazić w jak ciężkiej sytuacji jesteś, to przykre ze usprawiedliwiasz swoją mame. To co napisze pewnie spotka się z krytyka ale przez własne doświadczenie i wpadki w kontaktach z innymi zastanawiam się czy jest sens 'szukania kontaktu', wszystkie porby porozumienia się z ludzmy koncza się fiaskiem, obojętnie o co chodzi, ludzie po prostu nie chcą sluchac, tylko słysza i czekając az skończysz by powiedzieć swoje. To straszne ale niektóre jednostki pewnie skazane sa na wieczna samotność, mam jednak nadzieje ze skoro tobie ten stan rzeczy nie odpowiada to znajdziesz porozumienie z rodzicami, pozdrowienia;)
OdpowiedzUsuńJesteś naprawdę niesamowita z tym jedzeniem. Po prostu muszę napisać, jak bardzo podziwiam Cię za to, że sama, bez żadnych silnych nacisków np. ze strony psychiatry tak jak to jest u mnie, zdecydowałaś się na coś takiego. Rozumiem Twój lęk przed napadem, dla takich osób jak my, co mają mieszane zaburzenia, chyba nie ma nic trudniejszego niż jeść normalnie. Żadnych skrajności, tylko tyle, ile powinnyśmy. Często miałam tak, że gdy przez długi czas nie miałam napadu, wpadałam w taką panikę, że w takim przypadku na pewno niedługo się złamię. Ale teraz obie już wiemy, z czego te kompulsy wynikają.
OdpowiedzUsuńPewnie dzięki normalnemu jedzeniu metabolizm poprawił Ci się na tyle, że teraz chudniesz, ale jeśli będziesz jadła tak samo, to niemożliwe, żebyś przytyła nie wiadomo ile. Poza tym jak ćwiczysz to naprawdę myślę, że nie musisz się tym martwić. Bardzo się cieszę, że ten sposób ze sportem tak Ci pomaga, ja póki co tylko zaczęłam dość często jeździć na rowerze, a od września mam chodzić na siłownię. Masz jakąś konkretną wagę, na której planujesz się zatrzymać? Ja myślę, że jak już się za to zabiorę, to będę próbowała zatrzymać się mniej więcej na granicy niedowagi i wagi normalnej.
Co do K. i gościa znad morza, to masz całkowitą rację. Zauważyłam to dopiero, jak parę razy przeczytałam ten jeden akapit. Aż mi się śmiać chce teraz. Taki ze mnie cwaniak, że jak sobie nie radzę z uczuciami, to odwracam od nich uwagę na wszelkie sposoby. A ten B. znad morza ma niektóre cechy K., chodzi mi o charakter, choć tak naprawdę nie ma co ich porównywać. Na K. zależy mi tak bardzo, że jak widać odwalam jakieś głupoty. To jest dokładnie jak z jedzeniem. Łatwiej mi łapać doła przez gościa, który mieszka tak daleko, niż przez K., który jest tak blisko, a ja wciąż mam jakieś bariery. Wow:) Bardzo rozjaśniłaś mi moją sytuację.
I masz rację co do nawyków żywieniowych, dlatego na razie wolę je zostawić tak jak są, bo i tak jestem na granicy nawrotu, takiego bardziej psychicznego niż jedzeniowego.
The Bigger One