piątek, 2 sierpnia 2013

trzydzieści jeden

Przyziemną bardziej być muszę. Od rzeczywistości oderwaną w stopniu mniejszym. Rzadziej znacznie w abstrakcję uciekać. 
Zastosowanie inwersji obnaża moją nadmierną momentami skłonność popadania w sidła przesadnego wręcz patetyzmu. Przecież za stosunkowo niedługim ciągiem wyszukanych słów kryje się całkiem nieskomplikowana myśl. To pewnego rodzaju gra z odbiorcą; przedrzyj się przez gąszcz zawiłych przekazów utkanych z wyrafinowanego słownictwa i niebanalnie zbudowanej składni, a odnajdziesz prawdziwą mnie. Gdyby takowa jeszcze istniała. Intuicyjnie czuję, że wcale nie chcę zostać przez kogoś zrozumiana. 

Podjęcie się całkowitej werbalizacji moich nieuczesanych myśli stanowi zadanie niemal niemożliwe do wykonania ze względu na opozycję mojej potrzeby uporządkowania świata zewnętrznego i chaosu pielęgnowanego przez lata w metafizycznej, wewnętrznej przestrzeni.

Przez cały czas mam wrażenie odczuwania swoistego dysonansu. Poczucie zgody ze światem wymaga otworzenia się na niego, nieustannego kontaktu. Ale czy ja właśnie tego chcę? Osiągnęłam stan, w którym mogę bezpiecznie zasnąć w ramionach mojego cierpienia, z poczuciem, że ono nigdy mnie nie zostawi, w przeciwieństwie do szczęścia, które jest przecież tak kruche, tak ulotne, tak nietrwałe. Muszę prosić o odrobinę cierpienia, chociaż na nie zasługuję. Co za podła ironia losu. To żałosne. 

Każdą czynność mam skrupulatnie zaplanowaną. Obsesyjne myślenie, oscylowanie wokół jedzenia nadbudowujące się na fundamencie nadmiernego egotyzmu i kurczowe trzymanie się ustalonych zasad pomaga mi wytrwać. Razem z nimi z pozoru dumnie kroczę ulicami miasta.

Kształtuję mój zmysł estetyczny i staram się nie dopuścić do całkowitego regresu intelektualnego. 

Brakuje mi tutaj powietrza. Mimowolnie chłonę nadmiernie zgęstniałą parę przesiąkniętą kłębami rozgoryczenia. Gdziekolwiek pójdę, czuję się niczym skazaniec. Z dożywotnim przymusem egzystencji. Tutaj, w kolebce moich niepowodzeń, to wrażenie narasta do monstrualnych rozmiarów.
"Przepraszam, czy lubi Pan kraty w oknach?"

Dwa miesiące bez Ciebie. Świadomie, lecz mimowolnie wymyślam preteksty, by nie pozwolić Ci się do mnie zbliżyć. Staram się uciszyć myśli, które sprawiają, że wyrwanie się z pętli staje się niemal całkowicie uniemożliwione. Coraz trudniej mi to przychodzi, strach zaczyna dominować, wkradać się niedomkniętymi oknami, a ambiwalencja bezczelnie puka do zatrzaśniętych drzwi. Po prostu znowu czuję się zostawiona..

Ten post z początkowego zamysłu wcale nie miał tak wyglądać.

2 komentarze:

  1. Bardzo pięknie opisałaś tak wiele uczuć, które i mi towarzyszą. Niestety nie potrafiłabym ubrać ich w takie zdania jak ty. Najbardziej jestem pod wrażeniem jak opisałaś cierpienie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Znów te sprzeczności... Te zmiany, to otwieranie się na świat jest strasznie trudne, przerażające, ale na wszystko mamy czas. Mnie uspokaja właśnie ta myśl, w końcu nie musimy się nigdzie spieszyć. Każdy, nawet najmniejszy krok do przodu to dla nas sukces, każdy powrót do wspomnień i analizowanie ich to już kolejna próba z naszej strony i myślę, że tego warto się trzymać. Jeśli strach zaczyna przejmować nad nami kontrolę przy tym wszystkim, to chyba znaczy, że próbujemy działać za szybko. A skoro u Ciebie trwa to ok. 5 lat (btw., u mnie też:)), to tym bardziej nawet takie małe próby wg mnie są ogromnym krokiem naprzód. Ważne, że się staramy. Może na tym etapie, gdy ten M. staje się obojętny, taka przerwa wyjdzie na dobre? Skoro jemu tak zależy, to i tak czeka tam na Ciebie. Ja chyba zacznę z K. rozmowę o ED tak, jak radzisz. I to się chyba stanie jutro, bo mamy się spotkać, a ja przyniosę swoje ciastka. Stresuję się strasznie, zwłaszcza że wczoraj tak jak pisałam u siebie, w momencie, gdy już mieliśmy w końcu przełamać pewną barierę, mnie naszedł strach nie do opanowania, do końca spotkania sama mimowolnie pilnowałam, żeby do niczego nie doszło. Boję się, że przez to mogę wszystko zepsuć.

    Wydaje mi się, że to się często zdarza, że poprzez ED podświadomie próbujemy zwrócić czyjąś uwagę. Wydaje mi się, że kiedyś to był mój protest przeciwko kłótniom rodziców. W ten sposób chyba próbowałam im pokazać, że ich spięcia mnie niszczą, a skoro nie słuchali, gdy prosiłam, żeby przestali, znalazłam inną drogę. To wszystko jest takie logiczne, jak teraz na to patrzę.
    Przykro mi, że z Twoim tatą tak to wygląda. Może warto spróbować w jakiś sposób zacząć od nowa, choć nie wiem, jak dokładnie wyglądają Wasze relacje, więc ciężko mi coś doradzić...
    I powiem Ci, że też się cieszę, mogąc tu wrócić. U taty mimo wszystko bałam się wejść nawet na swojego bloga, bo jest informatykiem, gdyby go naszło, żeby sprawdzić, jakie strony odwiedzałam, to może znalazłby sposób, żeby dotrzeć do usuniętej historii, nie wiem. To już paranoja, no ale.
    The Bigger One

    OdpowiedzUsuń