czwartek, 15 sierpnia 2013

Moje wychodzenie z diety, część 1.

Postanowiłam przynajmniej tymczasowo zmodyfikować strukturę bloga. Muszę werbalizować moje przemyślenia, notować informacje o ewentualnych postępach, śledzić i w miarę możliwości kontrolować przebieg działań. Przy okazji być może ktoś z tego skorzysta. Jeżeli moje zmagania przetworzone na słowa, które tutaj piszę zostaną przeczytane przez osobę, która ma pewną wiedzę w tym zakresie lub z mniejszym/większym powodzeniem przechodziła przez to samo piekło, liczę na opinie, rady, wskazówki, cokolwiek.

Otóż postanowiłam zacząć nowy etap w życiu (czyli w diecie, nie oszukujmy się, moja egzystencja ogranicza się do tego aspektu..). Mogę znieść moją niestabilność emocjonalną, huśtawki nastrojów, popadanie w skrajności, permanentne konflikty ze światem i ludźmi, wewnętrzne rozdarcia, skłonności do perfekcjonizmu, intensywny tryb życia, stagnację, stany niżu intelektualnego, zaniżoną samoocenę, lęk przed bliskimi relacjami, brak dostępu do własnych emocji oraz niemożliwość ich kontrolowania i tak dalej. Jednego nie zniosę. Jednej rzeczy. Nie zniosę przytycia. Nie wytrzymam stawania się rozrastającym się potworem. Wolę umrzeć, niż przytyć. Ten fakt skutecznie umotywował podjętą przeze mnie decyzję. Nie podjęłam jej pod wpływem przypływu uczuć do bliskich osób (ponieważ takowych nie posiadam...) ani ze względu na kiełkującą we mnie wolę życia. Ja nawet takowej nie posiadam. Wręcz przeciwnie. Nie jestem pewna, czy ja w ogóle chcę żyć. 

Impuls do zmiany pojawił się w lipcu. Właściwie zalała mnie fala impulsów. 
Irytuje mnie fakt, że nie potrafię wyznaczyć początku - momentu, od którego mogłabym zacząć tę opowieść. Ciągle będę musiała odwoływać się do wydarzeń z przeszłości. Z awersją podchodzę do nieuporządkowania, zwłaszcza na płaszczyźnie moich wypowiedzi. Możliwe, że w ten sposób uciekam od mówienia o sobie. Rzekomy chaos panujący w mojej głowie stanowi pretekst do nieopisywania ich, co jest mi wybitnie na rękę. Do rzeczy...

Dawno temu (ponad 5 lat...) wyznaczyłam sobie cel. Chciałam ważyć 50 kg. I osiągnęłam to, udało mi się, a nawet przekroczyłam pułap wyznaczonej wartości. Jednak to mi nie wystarczyło. W tym momencie muszę skończyć odwoływać się do tak odległej przeszłości. Wspomnę tylko o naprzemiennych głodówkach i napadach, wahaniach wagi, subdepresjach i narastającym wstręcie do jedzenia i samej siebie.
Idąc na studia byłam niemal idealna. Nie wiedziałam ile ważę, ale obiektywnie byłam bardzo szczupła (oczywiście wydawało mi się, że wciąż za mało osiągnęłam, że przecież mogę być jeszcze chudsza...).
Po serii naprzemiennego kompulsywnego objadania się i głodzenia (praktycznie cały rok 2012, zwłaszcza lipiec i sierpień 2012), wyjechałam z mojego miasta. Zmiana miejsca zamieszkania przyniosła ze sobą niewiarygodną odmianę. Jadłam mało, ale regularnie. Przez prawie 3 miesiące (wrzesień, październik, listopad) naprawdę ładnie się trzymałam. Przez zawirowania życiowe i nieumiejętność radzenia sobie z nowymi sytuacjami emocjorodnymi straciłam kontrolę. Zaczęłam jeść. Pochłaniać. Opychać się. Nie jadłam większości zakazanych produktów, ale waga rosła ze względu na zwiększone porcje. Przecież od 3 opakowań otrąb, 2 jogurtów, 5 jajek za jednym posiedzeniem też można przytyć.W kwietniu 2013 przestałam mieścić się w moje ubrania (noszę rozmiar 34). Załamało mnie to. Coś we mnie pękło. Postanowiłam zmieścić się w spodnie, które kupiłam, za wszelką cenę. Maj i czerwiec 2013 można uznać za czas niemal całkowitego głodowania. W moim jadłospisie dominowały marchewki, otręby żytnie i wiejskie twarożki. Potrafiłam nie jeść przez tydzień. Nie przeszkodziła mi nawet nauka do sesji. Z perspektywy kilku tygodni naprawdę nie wiem, jakim cudem mój mózg funkcjonował, jakim sposobem zdałam egzaminy nie dostarczając organizmowi pożywienia. Miałam same piątki. Paliłam pół paczki fajek dziennie. Piłam hektolitry kawy. Och, w spodnie oczywiście się zmieściłam. W zamian usłyszałam wewnętrzny głos, który mówił: "Tylko na tyle cię stać"?

Na przełomie czerwca i lipca kompulsy się nasiliły. Budziłam się o 4 nad ranem, pochłaniałam całe jedzenie, które było dostępne. Bez świadomości, w amoku. To było niekontrolowane, nie mogłam nad tym zapanować. Czułam, że wszelkie przejawy racjonalnego myślenia, jakiegokolwiek myślenia, są wyłączone, że mój organizm błaga o jedzenie. Traciłam kontrolę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz