Nie chudłam jedząc marchewki i otręby żytnie. Czułam, że każda, nawet najdrobniejsza nadwyżka kalorii odkłada się w postaci tłuszczu. że ubrania robią się ciaśniejsze. Jednocześnie nie mogłam zapanować nad apetytem, nad moim wygłodzonym organizmem. Musiałam zmienić strategię.
10 lipca musiałam wyjechać na kilka dni. Jadłam 2 jabłka, 2 serki wiejskie i 2 pomidory dziennie. Nie potrafię wyjaśnić, co mną wtedy kierowało. Po powrocie do domu (14.07) wieczorem miałam kolejny napad. Mimo przejedzenia, niepohamowanie wpychałam w siebie zdrowie jedzenie (jajka, paluszki krabowe, otręby, jabłka, jogurty, tuńczyk z puszki), ale było ich zdecydowanie zbyt dużo. To był mój ostatni napad.
Stan mojego organizmu stanowił kwestię dla mnie nieistotną. Psychicznie rozsypywałam się na kawałki. Nie umiałam poradzić sobie z własnymi emocjami, nasiliły się uciążliwe stany lękowe, bałam się wychodzić z domu. Tak wyglądał pierwszy tydzień stabilizacji. Jadłam warzywa, głównie zielone, jajka oraz otręby, do tego owoc na śniadanie. Całe dnie leżałam w łóżku, nawet się nie ubierałam.
To był etap oczyszczenia. Być może zrealizowałam go niewłaściwie, ale jadłam produkty bezpiecznie, takie, do których moje ciało było przyzwyczajone. Wykonywałam lekkie ćwiczenia, po 20 minut, nie codziennie, ponieważ nie miałam na to siły. Nawet po zjedzeniu stosunkowo niewielkiej ilości warzyw czułam się przepełniona, miałam wyrzuty sumienia, nawet myśli samobójcze. Moi rodzice byli na wakacjach, straciłam kontakt ze znajomymi, zostałam zupełnie sama. Sama z moim problemem, z czymś, z czym nie potrafiłam sobie poradzić.
W kolejnym tygodniu wróciłam do Ł.(miasto, w którym studiuję), ponieważ miałam opłacony czynsz do końca miesiąca. Postanowiłam wykorzystać ten czas na przemyślenia, potrzebowałam samotności. Tam paradoksalnie czuję się zawsze oczyszczona i wolna, nie więzi mnie łańcuch wspomnień.
Zaczęłam pić wodę. Z cytryną i lodem. Nawet 2 litry dziennie. Wcześniej w ogóle (!) nie piłam wody, przyjmowałam ją wyłącznie w postaci kawy. Jadłam 3-4 razy dziennie. Niewielkie porcje. Włączyłam do diety więcej warzyw, chudy nabiał (twarogi). Po każdym posiłku starałam się pójść na długi lub krótszy spacer, do sklepu, wynieść śmieci, cokolwiek. Do tej pory w wolne dni prowadziłam leżący (!!!) tryb życia.
Czułam się przygnębiona, biłam się z własnymi myślami, momentami było mi zwyczajnie przykro, często nie potrafiłam określić przyczyny smutku, który się przeze mnie przelewał. Jednak nie była to już ambiwalentna rozpacz, przytłaczająca i bezkresna. Mój stan miał w sobie coś błogiego, melancholijnego. Podobało mi się to. Czułam się bezpieczna w ramionach mojego przygnębienia.
Uświadomiłam sobie, że nie mam dostępu do własnych emocji, a więc kontroli nad nimi. Pracowałam nad swoim sposobem rozumowania, wyzbywałam się paranoicznych, emocjonalnych myśli. Niepatologiczna racjonalizacja przebiegała dość opornie. Wiele nocy nie przespałam z powodu iskier ulatniających się z mentalnego pola walki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz