niedziela, 28 lipca 2013

dwadzieścia dziewięć

Momentami w przypływach nieuzasadnionego i niespodziewanego sentymentu czuję znajome zapachy, które obiektywnie nie są w danej chwili dostępne.
Leżąc na łóżku czuję Jej perfumy. Otulają mnie delikatną, subtelną mgiełką i niemal odczuwam Jej obecność.
Podczas beznamiętnego spaceru, owładnięta kołtunem nieprzeniknionych myśli nagle moje zmysły niemal przesiąka Twój zapach.
Całe miasto pachnie wtedy Tobą. Mimo że fizycznie nie ma Cię w pobliżu czuję, jak łapiesz mnie za rękę i razem pokonujemy dziesiątki kilometrów.
Czuję się wtedy bezpieczna.
Dzisiaj poczułam intensywny zapach szminki. Pomadki do ust. Dokładnie takiej, jaką moja babcia chowała w toaletce naprzeciw dużego łóżka.
Nagle przystaję na chodniku i zatracam się w słodkim zapachu, który retrospektywnie przenosi mnie w świat dzieciństwa.
Chłonę tę ulotność całą sobą, oddaję się jej bezkreśnie, zanim przyziemny impuls wtrąci mnie do rzeczywistości.
Moja zapachowa część centralnego wykonawcy jest doprawdy wyjątkowo ezoteryczna.

Mam ciało na zbyciu! Oddam za darmo. Zainteresowani?

Chciałabym się zdematerializować. Egzystować wyłącznie w postaci czystego umysłu. Być duchem, przemierzać świat bez lęku, chronić się przed spojrzeniem.
Zanurzam się w bezkresie wewnętrznych światów, doszukuję się w nich cząstki siebie.

Lubię swoje skrajności. Naprawdę je lubię, bez wtrącania wszechobecnej ambiwalencji. Nie chcę się zmieniać, nie chcę przestać w pełni taka być. Jednak właśnie moje sprzeczności w znacznym stopniu uniemożliwiają mi życie.
Jeśli je zniweluję, czy to nadal będę ja? Czy nadal będziesz lubił ze mną rozmawiać?

Boję się lata. Boję się nagości. Widoku roznegliżowanych ciał. Spływających kropelek potu, dotyku miękkiej, lepkiej skóry.
Gdy tylko robi się odrobinę zimniej, otulam się płaszczem. Jestem wtedy przepełniona bezpieczeństwem, to jak druga skóra, pancerz chroniący przed zewnętrznym zagrożeniem.
Latem cierpię. Latem zapadam się w bezczynność, stagnację. Latem dopadają mnie skumulowane myśli. Latem TO się zaczęło.

Odkrywam siebie, naprawdę odkrywam. To spore obciążenie psychiczne, przytłaczające, pozbawiające sił, ale jednocześnie powodujące irracjonalną fascynację.

Nie wyobrażam sobie braku ukojenia w postaci nakładania na siebie kary. Ja muszę cierpieć. Jeśli nie cierpię, to czuję, że wszystko podąża w niewłaściwym kierunku.
Znajduję w nim poczucie paradoksalnego bezpieczeństwa. Właściwie to za co ja siebie karam?
Stanowi immanentną część życia. A co w przypadku, gdy stało się jego fundamentem, esencją, podstawą?

Kiedy jestem z Tobą, żyję inaczej. Nie wystawiam wtedy siebie na ekspozycję świata zewnętrznego, pozwalam Ci jedynie wkroczyć razem ze mną do wyznaczonej części mnie. Nie mogę zezwolić, byś samowolnie kroczył ścieżkami na całkowitej powierzchni mojej duszy, Ty byś się tam zagubił i już nie wrócił. Albo przeraziłby Cię ogrom rozpiętrzającej się płaszczyzny mojej osobowości i zwyczajnie byś uciekł. Poruszamy się po określonym fundamencie, zagłębiamy coraz bardziej. Zdajesz sobie sprawę z tego, że oboje wystawiamy się na zranienie. Wiesz, że potrafię ranić. Dlaczego właściwie przy mnie jesteś?

9 komentarzy:

  1. Tak się zastanawiałam, czy po sposobie, w jaki teraz piszę, też widać te zmiany:) Po prostu jakoś tak uspokoiłam się, dzięki dokładnemu przemaglowaniu z terapeutką wszystkich spraw z przeszłości, które trzymałam w sobie, wyparowało ze mnie większość żalu, gniewu i poczucia winy, o których nawet nie zdawałam sobie sprawy, że noszę w sobie aż tyle. Przede mną jeszcze długa droga, wiele rzeczy do naprawienia, ale i tak czuję, że jest dużo lepiej, że przynajmniej trochę dojrzałam:)

    Ten chłopak jest dla mnie kimś szczególnym. Nie znam drugiej takiej osoby, naprawdę jest jedyny w swoim rodzaju. Bardzo szczery, nawet nie tylko w słowach, ale ogólnym zachowaniu, w stosunku do siebie i do innych. Ta jego szczerość niejednokrotnie daje mi do myślenia, bo przecież ED to ciągłe oszukiwanie siebie i innych. Poza tym ma jakiś taki fajny dystans do rzeczywistości, jest naprawdę inteligentny i wrażliwy, można z nim pogadać o wszystkim. Brzmi niesamowicie, prawda?:) Ale on autentycznie taki jest. Nie jesteśmy jeszcze razem, ale czuję, że teraz to już kwestia czasu. I jestem cierpliwa. Pomijam już to, że naprawdę świetnie czuję się w jego towarzystwie, bo ma mega poczucie humoru. To taki człowiek-kosmos, serio:) Czasami aż nie mogę uwierzyć, że spotkałam kogoś tak wyjątkowego.

    Kurczę, dobrze, że zniwelowałaś takie już zupełnie niezdrowe napady. A to, o czym teraz piszesz... Z takiego ciągu kompulsów strasznie ciężko się wyrwać, wrócić do rytmu, wiem, o co chodzi. Może zrób tak, że przez kilka dni kładź się spać dopiero, gdy będziesz naprawdę zmęczona, choćby o 3 w nocy, ale nastawiaj budzik np. na 7 lub 8 rano i choćby nie wiem co wstawaj dokładnie o tej porze, żeby przestawić zegar wewnętrzny na taki bardziej unormowany? Nie ma w sumie chyba nic gorszego niż dokładne planowanie kaloryczne każdego posiłku, ale może przez te parę dni planuj sobie też dokładnie śniadania? Tak, żeby były tym największym posiłkiem, bogatym w węglowodany? Ja bym tak zrobiła i pilnowała pór posiłków jak najbardziej, żeby organizm złapał jako tako w miarę uregulowany rytm.

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiem Ci, że przeczytałam już prawie całego pierwszego Twojego bloga i zaraz zabieram się za drugi. Często widziałam w Twoich wpisach siebie. To popełnianie tych samych błędów, nawet niezwiązanych z jedzeniem, po prostu ogromna chęć zmiany życia, bo obecne nam nie odpowiada i nas przytłacza, same siebie przytłaczamy, ale też to poczucie niemożności wykonania jakiegoś ruchu. Nawet nie wiadomo, jaki konkretnie to ma być ruch. Rozmawiałam o tym z terapeutką. Bardzo naciskała, żebym rozliczyła się z przeszłością, że wtedy na pewno wszystko nabierze większego sensu. Nie wierzyłam, a teraz naprawdę tak się dzieje. Tak jak na początku napisałam - dzięki absolutnie szczeremu pogodzeniu się z przeszłością, pomimo płaczu i bólu powodowanego wracaniem do tych najgorszych wspomnień, dokładnym ich analizowaniem, teraz jestem dużo spokojniejsza i o wiele łatwiej jest mi patrzeć w przyszłość.

    Hah, też potrafiłam wydać tyle kasy na napad, że szkoda słów. Zawsze się tego bardzo wstydziłam, na szczęście siostra ani mama nigdy mnie nie przyłapały na samym pożeraniu, bo mój pokój da się zamknąć od środka, ale zawsze tak naprawdę wiedziały. W końcu potem te wszystkie opakowania po czekoladach itd. lądowały w śmietniku, a byłam na tyle nieogarnięta, żeby ich nie chować gdzieś indziej. Myślę, że z napadów wynika tylko jeden plus - pomagają właśnie zorientować się, że to, co robimy, jest poważnie nienormalne i to zmusza do zastanowienia się nad tym wszystkim. W końcu jak można tyle wpierdzielić, często nawet nie będąc głodnym.

    Co do tego sportu - teraz na szczęście moje problemy zdrowotne trochę się zredukowały. Mam chorobę Gravesa Basedowa, przez tarczycę, ale aktualnie wyniki badań mam w normie, dalej bardzo tego pilnuję, chodzę na wizyty kontrolne, biorę leki i teraz mogę już praktycznie normalnie funkcjonować, a więc też uprawiać sporty. Myślę, że raczej rekreacyjnie. Póki co na nowo próbuję różnych rzeczy, przekonałam się do jazdy na rowerze na przykład:) Zobaczymy, jestem dobrej myśli.

    Btw., Twój styl pisania naprawdę mi się podoba. Przy czytaniu tej notki autentycznie poczułam zapach szminki mojej babci:) A co do tych skrajności - to ponoć jedna z tych charakterystycznych cech u anorektyczek, zwłaszcza bulimicznych. Myślę, że nie trzeba ich zupełnie eliminować, ale jednak powinno się szukać środka albo starać się, by tych niszczących skrajności (jak od głodówki do kompulsu) było jak najmniej. To wciąż będziemy my, ale bardziej świadome siebie, tak mi się wydaje. W końcu te skrajności często jednak mają nad nami władzę, dezorientują, przez co ciężko przystanąć choć na chwilę i zastanowić się nad sobą.

    Wracam do czytania Twojego bloga:) I wybacz, komentarz był za długi i musiałam podzielić na dwa.
    The Bigger One

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeszcze jedno :D Polecam Ci tę stronę:
    http://centrumzaburzenodzywiania.pl/

    Szczególnie ten artykuł:
    http://centrumzaburzenodzywiania.pl/artykul/%E2%80%9Ebez-anoreksji-bylabym-nikim%E2%80%9D-o-egosyntonicznosci-jako-charakterystycznym-aspekcie-jadlowstr#.UfU1Eaz-Sc0

    i druga część:
    http://centrumzaburzenodzywiania.pl/artykul/%E2%80%9Ebez-anoreksji-bylabym-nikim%E2%80%9D-o-egosyntonicznosci-jako-charakterystycznym-aspekcie-jadlows-0#.UfU1Eqz-Sc0

    The Bigger One:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Co do przeszłości - powiem, jak to było ze mną. Do rodziców o sam rozwód też nie mam i nie miałam żadnych pretensji, bo teraz to już w ogóle wiem, że ich małżeństwo to od samego początku był niewypał i to z różnych względów. Za krótko się znali (pół roku) itd. Pretensje miałam jak już o te wszystkie kłótnie jeszcze po rozwodzie, wykorzystywanie mnie i siostry do przekazywania sobie różnych informacji, nie tylko związanych z np. pieniędzmi na nasze utrzymanie, ale też raz mama powiedziała, żebym przekazała tacie, żeby się wypchał, choć miałam wtedy jakieś dziesięć, jedenaście lat. Potem jeszcze mój pierwszy ojczym, o którym pisałam u siebie, który dodatkowo wzmożył mój lęk przed zaufaniem (najbardziej oczywiście oberwała moja mama, ale ja też, bo autentycznie pokochałam go, był dla mnie drugim tatą) i potrzebę twardości, a potem depresja mamy i znów jej pretensje o pieniądze do taty, bo po tym, jak pierwszy ojczym nas okradł, miałyśmy duże problemy finansowe.

    Moim marzeniem było, żeby mieli koleżeńskie stosunki i to jest duży problem. Doszłam do tego po pewnym czasie. Tak naprawdę nie akceptowałam mimo wszystko takiego stanu rzeczy. Nie odpowiadała mi wizja takiego świata, w którym nie mogę zobaczyć taty, kiedy chcę, do tego ten mój wciąż niełatwy kontakt z nim, więc wolałam swój świat, z jasnymi zasadami i przewidywalny. Obie zbudowałyśmy sobie takie światy. Dopiero teraz autentycznie rozumiem, że to naprawdę niemożliwe, żeby takie mieli taką relację i że nie mogę tego wymagać albo ustawiać to jako warunek mojego ewentualnego szczęścia. Rzeczy, które miałam przekazywać tacie od mamy, te mniej miłe, nie były kierowane do mnie, w sensie ja wcale nie miałam ich analizować, były wypowiadane pod wpływem emocji i rozumiem, w jakim wtedy stanie była mama, i nie mogę mieć o to do niej pretensji.

    Chodzi mi o to, że wydaje mi się, że trzeba na tyle przeanalizować te wszystkie sytuacje, żeby móc szczerze sobie powiedzieć, że nasze choroby nie są niczyją winą, ani naszą, ani rodziny, mimo wszystko. ostatnio też np. uświadomiłam sobie, że mój lęk przed dorosłością i okazaniem zaufania wynika w dużej mierze z tego, że podświadomie boję się, że mój los potoczy się podobnie jak mojej mamy. W sensie że mimo dobrych intencji, przez pewną niedojrzałość w przypadku małżeństwa z tatą i przesadną ufność w przypadku pierwszego ojczyma, miała strasznie ciężkie życie. Na terapii po pół roku analizowania wielu rodzinnych sytuacji wciąż potrafiło ze mnie nagle wyjść jakieś nowe wspomnienie, które wywoływało ogromny ból. Trzeba świadomie dotrzeć do źródła wszystkich swoich kompleksów i problemów. Ostatnio na przykład terapeutka spytała mnie, czemu tak bardzo przeżywam rozłąkę z tatą, że w końcu do tego 7 roku życia, czyli gdy dziecko potrzebuje ojca najbardziej, był przy mnie. Nawet nie wiesz, jaki napad histerycznego płaczu to we mnie nagle wywowało, aż sama się zdziwiłam. Bo mojego taty nie było przy mnie, nie z jego winy, właśnie wtedy, gdy go najbardziej potrzebowałam, choćby w zeszłym roku, gdy miałam myśli samobójcze i ogromne problemy w szkole, o czym nie mogłabym mu przecież tak po prostu powiedzieć przez telefon. I po prostu właśnie z czymś takim nie mogłam się wewnętrznie pogodzić, dlatego tak trzymam się tego motylkowego świata. Mam nadzieję, że ten wywód jakoś Ci pomoże :3 i ciekawa jestem, do jakich wniosków dojdziesz. Wybacz, że tak chaotycznie piszę, chyba chcę zawrzeć za dużo myśli w tym wszystkim i nie jestem pewna, co na pewno warto tu wtrącić, a co nie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bo tak, nigdy już nie będziemy dziećmi, nie odzyskamy tych chwil, ale możemy je sobie wytłumaczyć i zrozumieć, autentycznie bez żalu, że musimy nauczyć się żyć po tych wszystkich przejściach, wyciągnąć z nich wnioski, nauczyć czegoś na błędach naszych rodziców, ale zdystansować się do nich. Bo będąc w anorektycznym ciągu tak naprawdę tkwimy w zawieszniu, za murem. Też mam problem z bliskością, takim otworzeniem się przed chłopakiem. Ale to, że moją mamę spotkał taki los, nie znaczy, że muszę się tak panicznie od wszytskich odgradzać. Nie wiem, jak to wyglądało z Twoimi rodzicami, ale może właśnie to przez ich relację lub kogoś bliskiego boisz się zaufać? Przyjrzyj się ich małżeństwu albo związkowi kogoś, kto mógł mieć wpływ na Twój lęk i rozłóż go na czynniki pierwsze. Pomyśl, czy popełniasz ten sam błąd i czy możliwe, żebyś go popełniła. Bo mi się wydaje, że my takich błędów, które nas doprowadziły do choroby, nie powtórzymy. Ta nieufność i doświadczenia jednak na nas wpłynęły i mnie jednak wiele nauczyły. Teraz widzę na przykład, że nie ma nic gorszego w jakiejkolwiek relacji niż niedomówienia. I wydaje mi się, że z K. mam inną relację. Że znam go dużo lepiej i czuję, że mogę zaryzykować. Może dlatego nas obie pociągnął w Nich tak szczery charakter?
    A co do zaakceptowania siebie - mi bardzo pomogło to, że w tym roku zdałam z dobrą średnią. Może potrzebujesz takiego symbolicznego suckesu, który da Ci kopa? Może idź właśnie w kierunku pisania, tak po prostu, rozwijaj to jako pasję? Ja sama piszę, w nieco inny sposób, niż normalnie, na blogu i uwielbiam to robić. Poza tym myślę, że trzeba odpowiedzieć sobie na parę pytań. Obie chyba już wiemy, że odchudzanie nigdy nie da całkowitej satysfakcji, zawsze będzie to nienasycenie, zawsze można schudnąć jeszcze bardziej. Więc pomyśl: czy jesteś w stanie osiągnąć w ten sposób perfekcję? W jaki sposób rozumiesz bycie perfekcyjnym? I w końcu ;D do czego akurat taka perfekcja jest Ci potrzebna? Ja po przemyśleniu tych pytań doszłam do wniosku, że w gruncie rzeczy w ten sposób, perfekcję fizyczną, chcę zakryć moją wrażliwość. Zniszczyć ją, nie pozwalać sobie na płakanie, ogólnie okazywanie smutku przy innych. Żeby ich nie martwić lub ewentualnie, nawet gdy miałam do nich zaufania, to, przez pierwszego ojczyma, nie przywiązywać się i pokazywać siebie, a potem dostać po dupie, być wykorzystanym lub wyśmianym. Zaczęłam więc powoli otwierać się przy innych. Powiedziałam o chorobie paru bliskim osobom, spoza rodziny, pozwoliłam sobie na płacz przy nich. To było ciężkie, ale okazałam im zaufanie i choć automatycznie wzbudza to we mnie oczywiście lekki lęk, to jednak widzę, że warto było zaryzykować. Teraz w dodatku startuję z tą terapią rodzinną i wyjaśnię siostrze i mamie, skąd się wzięła moja choroba, ogólnie mamy rozmawiać o naszych relacjach. Moja maska powoli znika, ale nie zamierzam póki co rezygnować z niej zupełnie, bo zawsze warto być ostrożnym. Ale odrzucam ją w tym sensie, że nie chcę mieć oporów przed okazaniem zaufania komyś, kto naprawdę na to w mojej opinii zasługuje. Dlatego myślę też, że dla Ciebie przełamanie się przed tym chłopakiem, nieważne czy stopniowe, czy nie, może być czymś takim, jak dla mnie było pełne otworzenie się przed bliskimi. O K. chcę jutro napisać, bo sama mam teraz problem. On jeszcze nic o moich ED nie wie. Uff, to chyba tyle. Ciekawa jestem, co o tym myślisz :3

    Hmm, masz rację co do tego udowodniania czegoś sobie i innym. Ale tym razem czuję, że moje pobudki są zdrowe, a cele, jakie obieram, służą mojemu rozwojowi. Więc wydaje mi się, że to w porządku. Mam zamiar uważać, żeby nie wpaść w dół, jeśli będzie ciężko. Teraz już chcę, naprawdę chcę, pozwalać sobie na błędy i słabości. Staram się patrzeć na wszystko teraz tak, że każde doświadczenie może być budujące, jeśli spojrzę na nie z odpowiedniej perspektywy.


    OdpowiedzUsuń
  6. Ostatnia część :D

    Heh, z jednej strony jesteśmy tak różne, a z drugiej tak podobne. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że się 'poznałyśmy'. I myślę, że naprawdę obie możemy sobie pomóc wyzdrowieć, choćby przez takie dzielenie się przemyśleniami.

    A artykuł naprawdę bardzo polecam. Poruszono w nim mnóstwo kwestii, które mi dały dużo do myślenia.

    The Bigger One

    OdpowiedzUsuń
  7. Na razie odpisuję tylko na jedno pytanie, bo to taki obszerny temat, a akurat jutro wyjeżdżam i muszę się teraz pakować, ale odpiszę na resztę jak najszybciej. Dzięki za tak obszerną odpowiedź:)
    Moje dotychczasowe relacje z chłopakami też były skomplikowane i to bardzo. Zresztą dopóki nie poznałam K. nigdy nie byłam zakochana. Teraz myślę nawet, że nigdy nie byłam nawet prawdziwie zauroczona i u mnie wynikało to właśnie z tego, co pierwszy ojczym zrobił mojej mamie. Rozwód też miał na to wpływ - długo mówiłam, że ja ślubu nie wezmę nigdy, że nie będę miała dzieci, żeby w przypadku nieszczęśliwego małżeństwa nie ranić ich rozejściem się. To też jest przykład tego irracjonalnego myślenia. Teraz już na szczęście zupełnie inaczej na to patrzę, chcę być z K., dojrzałam pod tym względem, ale wcześniej zawsze bałam się tak naprawdę zakochać. Poznawałam chłopaków, oni czegoś chcieli, a mi nie zależało, odpychałam ich od siebie. Nie dawałam im poznać prawdziwej siebie. Zawsze byłam wobec nich według mnie bardzo w porządku, tłumaczyłam im dokładnie, że nie jestem gotowa na żaden związek itd. Miałam to poczucie, że oni i tak nie znają tej prawdziwej mnie, że zależy im na tej mnie, którą przed nimi udawałam, czyli moją maskę wiecznie wesołej i betroskiej osoby.
    'Ogólnie u mnie w domu się o emocjach nie rozmawiało, zupełnie jakby nie istniały.' - u mnie nie tyle się nie rozmawiało o emocjach, ale kiedy byłam mała, mama powiedziała mi, żebym nie rozpowiadała o rozwodzie. Jej chodziło o to, żebym nie trąbiła o tym bez potrzeby na prawo i lewo, ja to wzięłam bardzo do siebie i z mojej klasy w podstawówce bardzo długo nikt nie wiedział, tylko najbliższe koleżanki, a to też po jakimś czasie.
    W każdym razie tym chłopakom też nie mówiłam o niczym. O moich problemach z jedzeniem, wtedy jeszcze nieokreślonych, ogólnie o tym, jak naprawdę się czułam, co mnie dręczyło. Chyba wtedy jeszcze sama do końca nie wiedziałam. Po tym, jak nie zdałam, zrobiłam najgłupszą rzecz w swoim życiu, poza próbą samobójczą. Zresztą, to było właśnie niedługo po niej. Na wakacjach przystawiał się do mnie taki student. Od początku widziałam, że jemu chodzi o taki przygodny, wakacyjny seks, że szukał jakiejś takiej dziewczyny do wyrwania. I to jest straszne, że mi to wtedy odpowiadało. Ta jasność układu, żadnych zobowiązań, a więc też nie mógł mnie zranić. Wtedy poważnie myślałam, że może to jest opcja dla mnie na przyszłość. A wiesz, dla mnie pocałunek jednak coś znaczy. Nigdy nie ogarniałam się z chłopakami tak dla zabawy czy coś. Raz tylko, na imprezie, tej nocy, kiedy próbowałam popełnić samobójstwo, żeby jeszcze bardziej wzbudzić do siebie samej obrzydzenie. Teraz załamuję się nad tym wszystkim. Mówiłam sobie, że i tak go przecież więcej nie spotkam. Ale przeżyłam, a tamten chłopak wmówił sobie, że się we mnie zakochał;) to też było ciężkie. Nawet trochę żałuję, że poznałam go w takich okolicznościach, bo jemu chyba później faktycznie zależało. Teraz się przyjaźnimy. A drugi raz właśnie wtedy z tym gościem na wakacjach, żeby podnieść sobie samoocenę czy nie wiem co. Tak to u mnie zawsze wyglądało z chłopakami. Aż do K. żadnej miłości, tylko ten lęk przed prawdziwym przywiązaniem. Jak było u Ciebie? Czy ten, z którym jesteś teraz, wie o ED? Jeśli tak, to jak mu o tym powiedziałaś? Wciąż myślę, jak to przekazać K.

    The Bigger One

    OdpowiedzUsuń
  8. 'Ale mojej wewnętrznej perfekcjonistce to nie wystarczyło, to wciąż za mało, ‘stać mnie na więcej’. Z drugiej strony, nieosiągnięcie tego byłoby jednoznaczne z druzgocącą porażką. Mechanizm polega na umniejszaniu roli sukcesów i zwiększaniu wagi nieodniesienia go.' - tego właśnie się boję. Że nawet jeśli uwolnię się od patrzenia na siebie przez pryzmat jedzenia, to wybiorę sobie coś innego, od czego będę uzależniać moją samoocenę. Strasznie się tego boję. I btw., też chodzi w jakimś sensie o stratę. Boję się, że jakichś zmian będę próbowała dokonać zbyt gwałtownie, zbyt wcześnie i przez to stracę te postępy w walce z chorobą, które osiągnęłam do tej pory.
    Też zwalczam przede wszystkim napady. Moja terapeutka w ogóle niechętnie rozmawia ze mną o moim sposobie jedzenia itd. Uważa, nie ma sensu z tym walczyć, bo problem tkwi w środku. W końcu robimy to wszystko ze względu na to, co dzieje się w naszym wnętrzu i dopóki tego nie poukładamy, dalej będziemy się tego trzymały. Dlatego w tej chwili też skupiam się na ograniczaniu kompulsów, staram się jeść zdrowo, ale nie zmuszam się do jedzenia więcej, niż jestem w stanie zmieścić. Myślę, że gdybym przeszła na dietę 2400kcal, czyli tyle, ile powinnam jeść, wyrzuty sumienia szybko doprowadziłyby do tego, że zacięłabym się w terapii i robiła tylko wszystko, żeby znów schudnąć.
    'Chodzę na spacery. Staram się zająć czymkolwiek poza leżeniem w łóżku. Ćwiczę. Nie przejadam się. Jem regularnie. Nie jem po 18. Jem rzeczy, które uznaję za zdrowe. Piję wodę. Będę chodziła na siłownię. Czy to wystarczy?' - myślę, że to wystarczy. W ogóle wydaje mi się, że teraz nie powinnyśmy się właśnie zmuszać do jedzenia w inny sposób niż ten, który nam odpowiada, tylko skupiać się na tym, żeby zdrowie przy tym nie ucierpiało. A resztę skupienia i ogólnie energii wkładać w życie i walkę z chorobą.
    Myślę, że to bardzo dobry pomysł, żebyś spróbowała coś zmienić w swoich relacjach z rodziną:) Ja też zaczęłam od mamy i siostry. Z tatą mój kontakt jest trudny o tyle, że przez dzielącą nas odległość nie bardzo miał możliwość dobrze mnie poznać. Zwłaszcza że u niego też zawsze miałam na sobie jakąś maskę. Przez to można powiedzieć, że z prawdziwą mną miał do czynienia do czasu, gdy wyprowadziłam się z O., a więc do 7 roku życia. Ale teraz zaoferował, że może przyjeżdżać do mojego miasta, żeby uczestniczyć jakoś w mojej terapii. Wiesz, nawiązać kontakt z moją terapeutką osobiście tak jak moja mama. Bardzo mnie to cieszy. Może jak już będzie lepiej, znajdziesz sposób na naprawienie relacji z tatą? Bo wydaje mi się, widzę to po sobie, że te najtrudniejsze relacje mają ogromny, o ile nie największy, wpływ na nasze choroby. Tak jest u mnie - tata i pierwszy ojczym. W przypadku tej drugiej nic już nie zmienię, ale pogodziłam się z tym. W przypadku pierwszej zrobię, co tylko będę mogła. I mi właśnie też bardzo pomogło zdanie sobie sprawy z tego, że moi rodzice wcale się nienawidzili czy coś, tylko mnóstwo rzeczy mówili pod wpływem emocji. Ja wcale nie miałam ich odbierać.
    Jeszcze co do K. - nie wiem, czy może coś podejrzewać. Ja to naprawdę świetnie ukrywam. Co prawda ostatnio, jak chodziliśmy sobie razem ze trzy godziny, on w pewnym momencie chciał wejść do sklepu. Ja musiałam kupić sobie coś do picia i sprawdzałam kalorie napojów energetycznych, ostatecznie wzięłam wodę. I tak jak pisałam, nigdy przy nim nie jadłam. Możliwe, że coś może mu świtać, ale myślę, że jak już póki co mógł dojść do wniosku, że jestem na jakiejś diecie czy coś, nic szczególnego. Nie jestem w końcu wychudzona.
    'Masz czasem tak, że WIESZ coś, masz świadomość swojego irracjonalnego myślenia, ale nie potrafisz go zmienić?' - tak, zdecydowanie. Praktycznie wszystko, co wiąże się z chorobą, to irracjonalne myślenie. Wiem, że nie jest normalne, chcę je zmienić, ale nie potrafię. Zawsze zostaje jakaś myśl, która z powrotem ciągnie mnie do punktu wyjścia. Albo wystarczy, że spojrzę w lustro. Masakra.

    The Bigger One

    OdpowiedzUsuń
  9. Czuję się taka głupia, gdy czytam to co piszesz. Wszystko jest pisane tak poważnie, a ja komentuję Ci jak dzieciak .. ;/
    Uświadomiłaś mi, że najlepiej czuję się gdy jest pochmurno. Nie lubię słońca. Lepiej jest się okryć, niż odkryć. Tak nagle patrząc za okno, poczułam niepokój, że muszę tam zaraz wyjść, wszyscy będą się na mnie patrzyli. A ja nie chcę T.T Co ja mam zrobić ?

    OdpowiedzUsuń